CANNES 2024: SZAŁ CIAŁ

Data:

David Cronenberg może odejść spokojnie na emeryturę, jeśli tylko chce. Chodzą bowiem po naszej planecie osobniczki, które godnie mogą go zastąpić w kinie, w którym najważniejszą rolę odgrywa ludzkie ciało. Jedną z nich jest już nagrodzona canneńską Złotą Palmą Julia Ducournau, drugą w tym roku aspirująca do takich laurów Coralie Fargeat, zupełnie przypadkowo rywalizująca jednocześnie w tym samym konkursie z kanadyjskim mistrzem. Nie powinno nas zdziwić, jak mniej znana Francuzka pobije Cronenberga. Istnieje taka szansa, że jeszcze nigdy w Cannes w konkursie głównym nie pokazywano tak obrzydliwego i zarazem rewelacyjnego dzieła. 

 

 

Zawodowy los bohaterki "The Substance" streszcza prostopadłe ujęcie zamkniętej w betonie gwiazdy na słynnym Hollywood Walk of Fame. Od jej odsłonięcia w ekstazie i przy blasku fleszy, przez pamiątkowe zdjęcia turystów, po spowszednienie artefaktu wraz z tym, jak gasła kariera aktorki. Na kamieniu pogłębiały się rysy i pęknięcia wraz z nieuchronnym upływem czasu. Z blasku Elizabeth Sparkle (Demi Moore) pozostało niewiele. Kobieta w telewizji śniadaniowej prowadzi kącik fitness w starodawnym stylu Jane Fondy, ale za chwilę nawet tu nie będzie potrzebna. Właśnie będzie obchodziła 50. urodziny, a dla jej szefa (Dennis Quaid) - najbardziej paskudnego typu szowinisty, na jakiego można trafić w showbiznesie - to data przydatności zapewne każdej kobiety. Na pewno Elizabeth. 

 

W wyniku dziwnych zbiegów okoliczności bohaterka otrzymuje tajemniczą substancję wraz z podejrzliwie prostą instrukcją jej obsługi. Medyczny zestaw pozwala przeprowadzić procedurę w domowym zaciszu i z własnego kręgosłupa urodzić 'lepszą wersję samej siebie'. Tak na świecie pojawia się Sue (Margaret Qualley), która nie jest młodszą Elizabeth, ale raczej wyidealizowaną projekcją tego, jak kobieta chciałaby wyglądać. Sue z taką aparycją łatwo będzie trafić na szczyty showbiznesu. 

 

Absurdalne realia branży rozrywkowej i niemożliwe do osiągnięcia przez większość kobiet standardy piękna sprawiły, że Elizabeth nienawidzi swojego naturalnie starzejącego się ciała. Choć wygląda pięknie i stylowo, porównując się do nowej, młodej gwiazdy o wyglądzie Sue, to, co widzi w lustrze obrzydza ją jeszcze bardziej, potęguje poczucie alienacji i wyobcowania, karmi wariackie obsesje. Elizabeth nie jest w stanie wyjść na randkę z człowiekiem, który szczerze uważa ją za bardzo atrakcyjną, bo ona sama taka się nie czuje. To mistrzowska i najbardziej poruszająca scena w filmie, w którym krwi i odpadów fizjologicznych nie brakuje. Brutalne rozcieranie szminki po twarzy może też być przerażające. 

 

Nie wiem, kto wpadł na pomysł z angażem do roli Elizabeth Demi Moore, ale nie jestem sobie w stanie wyobrazić lepszego wyboru. Amerykanka to wielka gwiazda mainstreamowego kina lat 90., pamiętana z występów w filmach raczej mniej ambitnych, bezpiecznych, względnie kasowych hitów. Dziś, podobnie jak w przypadku Elizabeth Sparkle, jej gwiazda mocno wyblakła. Jej najodważniejsze wybory castingowe to przeciętne "Striptease" (1996) i "G.I. Jane" (1997), do którego ogoliła głowę. Udział w "The Substance" w przypadku Demi to ryzyko kalibru skoku w przepaść. Nie chodzi tylko o udział w krwistym body horrorze. Kamera detalicznie studiuje nagie ciało jej bohaterki, zestawia z cielesnością 30 lat młodszej Margaret Qualley. Choć Moore wygląda świetnie, to doświadczenie dla niej samej mogło do przyjemnych nie należeć. Tak po ludzku. Wszyscy przecież mamy jakieś mniej lub bardziej uzasadnione kompleksy. Dla wielu kobiet ten film będzie przede wszystkim czasem pewnie niekomfortową konfrontacją starości i młodości. Na wielu płaszczyznach życia, nie tylko kwestii związanych z fizycznym wyglądem. Oczywiście jeśli będą w stanie przejść przez radykalną wizualnie formę, jaką zaproponowała reżyserka. 

 

Elizabeth i Sue stanowią jedność. Świadomość jednej osoby, w wyniku działania tytułowej substancji, zostaje rozdzielona na dwa ciała, które zgodnie ze wskazaniami muszą dzielić się czasem. Problem w tym, że jedna z kobiet uważa, że ma go za mało, a w takiej sytuacji łatwo o (medyczne) komplikacje. Domyślacie się, jak będą one wyglądać - koszmarne deformacje ciała, mutacje organów, wiotczenie skóry, zmiana struktury kostnej. Fargeat nie oszczędzi widza i pokaże każdą obrzydliwość, przy której zbliżenia na iniekcje, ropiejące rany czy szycie skóry będą ledwie drobną ekstrawagancją. Francuzka mocno przesadza, bywa ostentacyjnie kiczowata, zmusza, by z obrzydzenia odwracać wzrok, ale w tym szaleństwie jest metoda. Wymowa "The Substance" jest przecież banalna i wyjątkowo nieodkrywcza, ale paradoksalnie ta walka kina o zmianę w kwestii wymagań i oczekiwań wobec kobiet, nauka samoakceptacji i wyrozumiałości (wobec siebie nawzajem i też wobec siebie samych), w takiej właśnie szalonej formie może dać jakieś rezultaty.