MAŁA APOKALIPSA KOŃCA WIEKU

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Debiutujące w styczniu w tegorocznej selekcji Sundance “Prime Time” swój punkt wyjścia umieszcza w bardzo konkretnych okolicznościach. Mogą być one trudne do zrozumienia zarówno dla widza zagranicznego, ale też tych wszystkich subskrybentów Netflixa, którzy z lat 90. nie mają żadnych wspomnień, a nowy rok 2000 witali smacznie śpiąc w kołysce. Szczególna aura, jaka otaczała przełom wieków w Polsce, dotyczyła nie tylko obaw, czy komputery ogarną specyficzną zmianę daty z trzema zerami na końcu albo czy ziści się przepowiednia Nostradamusa o końcu świata. Wymęczeni szaloną dekadą lat 90., sponiewierani transformacją i dzikim kapitalizmem Polacy z radością i ulgą żegnali minione stulecie oraz z ogromną nadzieją spoglądali w przyszłość.

Ofiarą czasów jest Sebastian (Bartosz Bielenia), który w sylwestrowy wieczór z bronią wdziera się do telewizyjnego studia i bierze zakładników, chcąc przejąć antenę, by wygłosić swoje oświadczenie. Uprzedzając fakty, jego treści czy nawet motywacji głównego bohatera nigdy nie poznamy. Sebastian reprezentuje typowy dla tamtej epoki pogląd, że kto kontroluje środki masowego przekazu, ten ma władzę. Ta postać została od początku zaprezentowana w taki sposób, że pomimo braku jasności, co nią kieruje, widz ma do tego chłopaka empatyczny stosunek, a nawet mu kibicuje. Ten skądinąd beznadziejnie romantyczny bunt zderza się jednak z prozą telewizyjnego życia. Bowiem by sygnał poszedł w eter, potrzeba, by po drugiej stronie kamery, stanęli odpowiedni ludzie i wykonali swoją pracę. Sebastian nie wchodzi więc na antenę z marszu, zakłóciwszy losowanie audio tele. Za to zostaje zamknięty w klaustrofobicznym studiu wraz ze swoimi zakładnikami – skromnym ochroniarzem (Andrzej Kłak) i wywyższającą się gwiazdą Mirą (Magdalena Popławska). Transmisja zostaje przerwana, ale spektakl trwa dalej, rejestrowany “na później” przez wydawczynię programu (Małgorzata Hajewska-Krzysztofik). Włączają się do niego służby mundurowe i policyjni negocjatorzy, a nawet przez moment sprowadzony na miejsce ojciec Sebastiana.

“Prime Time” stoi w rozkroku między kinem gatunkowym a poważnym dramatem społecznym. Z jednej strony ciekawie, ale też zbyt subtelnie wpisuję w tonację horroru. Groza towarzysząca przełomowi stuleci, sylwestrowa noc kumulująca w jednej chwili wszystkie ludzkie niepokoje, a nawet po Cronenbergowsku kakofoniczna makabra telewizyjnych przekazów, gdy skacząc po kanałach możemy trafić zarówno na orędzie prezydenta w nie najlepszej formie, relację z ulicznych protestów czy sylwestrowy koncert, by przekonać się, jak w bardzo niespokojnych, niepewnych czasach żyliśmy. Z drugiej strony próba komentarza, refleksji nad podziałami klasowymi i ideologicznymi, które 21 lat od wydarzeń opowiadanych w filmie tylko się pogłębiły i zaogniły. Pochylenie się i przypomnienie o tym, co w Polsce drażni najbardziej, co w końcu sprawia, że tak wielu obywateli czuje się jak Sebastian – porzuconym, zdesperowanym wyrzutkiem we własnym kraju.

Odnoszę wrażenie, że reżyser filmu, Jakub Piątek, dużo lepiej czuje się w świeżym rekonstruowaniu schematów kina gatunkowego, aniżeli publicystycznej retoryce w realiach “Pieskiego Popołudnia” Lumeta, prezentując w tych aspektach poziom Małgorzaty Szumowskiej. Za dużo tu też – pozostając w klimacie epoki – bazarowego psychologizmu. Dlatego szkoda, że “Prime Time” nie pozostało po prostu trzymającym w napięciu równo przez całe półtorej godziny, esencjonalnym thrillerem. Nie pomaga mu też teatralizacja filmowej przestrzeni (ta fabuła spokojnie mogłaby rozgrywać się też na deskach teatru) i przestylizowanie w oddaniu realiów epoki z jej przaśnością i sztucznym przepychem. To wciąż całkiem udane kino, które być może zachęci rodzimych twórców do większej odwagi w przenoszeniu popularnych klisz gatunkowych na polskie podwórko, bo z tym jakoś ciągle u nas słabo.