MOSTY I JABŁONIE

Data:


Minie mniej więcej 30 minut, zanim na ekranie pojawia się tytuł CZĄSTKI KOBIETY, będący - nomen omen - niezłym spoilerem pierwszego, anglojęzycznego filmu Kornéla Mundruczó. Sugeruje on bowiem, co węgierskiego twórcę będzie interesować najbardziej. Kobieca perspektywa granej przez Vanessę Kirby bohaterki zdominuje opowieść. Narracja będzie miała fragmentaryczny charakter, a jej rozdziały będą sygnalizowały daty umieszczane na tle szarego i niewiele zmieniającego się współczesnego krajobrazu Charles River w Bostonie.

 


 



Marthę (Kirby) i Seana (Shia LaBeouf) poznajemy praktycznie w przededniu jednego z najważniejszych wydarzeń w ich życiu - narodzin dziecka. W skrawkach codzienności możemy rozeznać się w ich sytuacji. Parę tworzą raczej zwyczajną, ale to kobieta w tym związku pełni rolę dominującą. Pochodzi z ekonomicznie dobrze sytuowanej i wykształconej klasy średniej, podczas gdy jej partner to budowlaniec, niemalże typowy przedstawiciel robotniczego proletariatu. Matka Marthy (Ellen Burstyn) w ramach wspierania przyszłych rodziców funduje im przestronne, rodzinne auto, kłując męską dumę partnera córki. W ogóle postać Seana w CZĄSTKACH KOBIETY potraktowano irytująco powierzchownie. Nie tylko jego szorstka aparycja, przypadkowy ubiór, niezadbana broda (ile LaBeouf miał takich kreacji) gryzą się z zawsze nienagannie stylową, dobrze ubraną i uczesaną Marthą. Aura, jaka otacza tę dwójkę i towarzyszące jej napięcie, związane nie tylko z nadchodzącym porodem, dają odczuć, że nie jest to najbardziej dobrana para we wszech świecie. Ich związek wydaje się mieć wyjątkowo wątłe fundamenty i byle kryzys może je zburzyć.

 



A kryzys nadchodzi największego kalibru. Na domowym porodzie wybranym przez Marthę nie pojawia się znajoma położna, zajęta w tym czasie inną pacjentką. Jej zastępczyni, mimo że nieznajoma, wzbudza jednak zaufanie pary. Odnosi się do nich z czułością i spokojem, który zachowuje nawet wówczas, gdy może trzeba by było ocenić sytuację bardziej krytycznie i podjąć zdecydowane kroki. Cała, długa scena porodu, nieco hochsztaplersko imitująca "jedno ujęcie", wymagająca od Kirby i LaBeoufa aktorstwa bardzo cielesnego i fizycznego, choć naturalistyczna i intymna, przeszywa do szpiku jak znakomite kino grozy, arthouse'owy body horror najwyższej próby. Później ta opowieść się rozwadnia.

 



Martha i Sean chcieli mieć rodzinę. Nie taką jednakowoż, jaka finalnie zaczęła ich otaczać. Krewni kobiety pojawili się w ich otoczeniu, towarzysząc parze w okresie żałoby, co dla nich oznaczało głównie znalezienie winnych i pociągnięcie ich do odpowiedzialności. Łatwym celem okazała się feralna położna. Kuzynka Marthy, przebojowa prawniczka, z przyjemnością wprowadzi sprawę na sądową wokandę i pomoże wymierzyć karę. Nie w ten sposób jednak chcieliby się godzić ze stratą niedoszli rodzice, którzy żałobę przeżywają na swój sposób i niezależnie od siebie. Martha chce jak najszybciej wrócić do życia sprzed ciąży, mimo że we wnętrzu za każdym razem coś w niej pęka, gdy mija dzieci na ulicy, a bezlitosne ciało przypomina jej, że właśnie powinna realizować swoje matczyne powinności z noworodkiem przy piersi. Uzewnętrzniona rozpacz Seana, ku uciesze teściowej, oddala go od partnerki, choć Mundruczó ta perspektywa akurat wcale nie interesuje.

 



W Polsce CZĄSTKI KOBIETY można było oglądać na deskach TR Warszawa. Nie widziałam tego przedstawienia, ale zastanawia mnie, czy teatralna wersja również została przez węgierskiego reżysera zagracona tyloma trywalnymi metaforami i łopatologiczną symboliką. Mosty, które pali się za sobą, ale którymi też można kroczyć ku nowemu otwarciu. Dwie zwiędłe paprotki niczym to uczucie bohaterów, którego chyba nie da się już reanimować. Jabłka i nasiona, z których w ciszy kiełkuje nowe życie. W końcu lekcja pokory wobec macierzyństwa, jaką w swoi monologu przekazuje Marcie matka, gdzie nagle niezwykle ważne stają się żydowskie korzenie tej familii. Jak to wszystko wybitnie nie pasuje, łącznie z karykaturalnym finałem, do kameralnego dramatu o stracie i żałobie.

 



W tym filmie czołowo zderzyła się autorska wrażliwość Mundruczó, która w pełni realizowała się w jego europejskich projektach, z tym, jak w Ameryce postrzega się dramatyczną narrację tego bardziej art-house'owego, niezależnego (indie) nurtu, oglądającego się na odrobinę masową jednak widownię, szerokie zrozumienie/uznanie krytyki, a przede wszystkim realia Oscarowego sezonu. Inaczej nie potrafię wyjaśnić obsadzenia skądinąd wybitnej aktorki Ellen Burstyn w roli matki mniej więcej 30-letnich córek. Biorąc pod uwagę historię narodzin seniorki rodu w mrokach Holokaustu i bawiąc się w matematykę, trzeba by przyjąć do wiadomości, że bohaterka urodziła swoje dzieci w okolicach 50. roku życia. Jej poruszający, ale sztucznie wpisany w fabularną tkankę monolog nachalnie ma uruchamiać Oscarowe radary. W przeciwieństwie do Vanessy Kirby, która nie tylko z godnością dźwiga swoją wymagającą rolę, ale też cały ciężar dramaturgiczny tej opowieści. Kariera Brytyjki z gwiazdy seriali i kina akcji rozwija się w wybornym kierunku. Kornel Mundruczó płaci natomiast frycowe w swoim amerykańskim debiucie. Nie on pierwszy, ani zapewne ostatni.


Zwiastun: