PAN PREZES

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

"Szefa Roku" można uznać za jeden z najistotniejszych, iberyjskich filmów sezonu. To aktualny reprezentant kraju w wyścigu do Oscara, który właśnie zebrał aż 14 nominacji do Nagród Goya (ponad dwa razy więcej niż "Równoległe Matki" Almodovara) i miał swoją premierę na najważniejszym festiwalu dla kinematografii hiszpańskojęzycznych, w San Sebastian. Patrząc na nazwisko reżysera, mnożą się wątpliwości, czy Hiszpanie mocno nie przestrzelili. Przecież Fernando León de Aranoa nie miał w ostatnich latach za dobrej passy. Niegdyś ceniony i po prostu wartościowy reżyser, flirtując z kinowym mainstreamem, rozmienił dawną sławę na drobne. Skutecznie pozwolił widzom zapomnieć o najbardziej jakościowym etapie swojej twórczości, do którego "Szefem Roku" postanowił jednak nawiązać. I to nawiązać bardzo efektownie.

 



Tytułowym szefem roku (dekady, wszech czasów) jest niejaki Julio Blanco (Javier Bardem), który z czułością i jowialnym tonem przekonuje, że jego firma to tak naprawdę jedna, wielka rodzina. Problemy pracowników są też problemami ich prezesa, do którego można zawsze się zwrócić, zwierzyć i znaleźć wsparcie. Chyba że właśnie w gabinecie dyrektora zasobów ludzkich czeka na ciebie wypowiedzenie, od którego nie ma odwołania. Dyrektor zaskakująco dobrze prosperującej fabryki wag rządzi swoim przedsiębiorstwem, grając rolę troskliwego ojca, ale w rzeczywistości będąc w nim bezwzględnym szefem. Jegomościa Blanco poznajemy w momencie w pewnym stopniu kluczowym. Zbliża się doroczna inspekcja, która może podnieść rentowności firmy, ale w fabryce wiele rzeczy nie działa tak, jak powinno. Właśnie zwolniony pracownik prowadzi przed zakładem protest w miasteczku namiotowym, dyrektor produkcji z powodów osobistych zaniedbuje swojej obowiązki i naraża fabrykę na straty, a sam Blanco w chwili pożądliwej słabości wikła się w romans z atrakcyjną, młodą stażystką. Spiętrzenie niekorzystnych okoliczności odpala wiele ognisk zapalnych, od których ugaszenia zależy przyszłość firmy i dobrostan jej prezesa.

W tytule "Szef Roku" zaszyta została czytelna ironia, obnażająca prawdziwą naturę głównego bohatera. Im więcej kryzysów do zażegnania staje na drodze Blanco, tym bardziej uzewnętrznione stają się jego niedoskonałości, małostkowości i frustracje. Na wybornej kreacji Bardema, stopniowym opadaniu kolejnych masek i porzucaniu pozorów, oddawanych kapryśną mimiką i zmęczeniem ciała, opiera się siła tego filmu. To kino zaczepne, w swoim satyrycznym tonie pikantne i momentami zaskakująco niepoprawne, narracyjnie potrafi zaskoczyć brawurą, a jednocześnie imponuje koronkowością i błyskotliwym spinaniem wielu wątków w jedną, mocną puentę. Oczywiście, to puenta spodziewana, mówiąca o tym, w jak niesprawiedliwym świecie gier i pozorów aktualnie egzystujemy. Mechanizm awansu społecznego wymaga nie tyle poświęceń, ile cwaniactwa oraz umiejętności lawirowania w labiryncie brutalnych intryg. Nie ma tu nie miejsca na ludzkie odruchy, empatię i współczucie. Ci, którzy wdrapali się na szczyt, jeśli na nim pozostają, pamiętają o tym każdego dnia. Manipulować można nie tylko bliskimi i współpracownikami, ale nawet wagą, by wskazywała równowagę, choć w gruncie rzeczy jej szala przechylona jest w jedną, konkretną stronę.

Z dzisiejszej perspektywy nie ma już nic nadzwyczajnego w drwinach z kapitalistycznego porządku świata. Nie tylko kino przerobiło ten temat zarówno w obśmiewających zjawisko komediach, jak i poruszających dramatach. Mimo to "Szef Roku" wygląda całkiem świeżo, w czym zasługa nie tylko bogatego w zdarzenia scenariusza, ale przede wszystkim jego finezyjnej egzekucji. Śmiech w tym filmie potrafi okazać się zwodniczy, bo nie tyle dostarcza się widzowi zabawę, ile wprowadza go w niemały dyskomfort i wpędza w poczucie bezsilności. "Szef Roku" może być bowiem fabułą przerysowaną i groteskową, ale jej przygnębiający przekaz wybrzmiewa bardzo doniośle. Normę wyrobiono tu z nawiązką.

Zwiastun: