Pogrzebana Pompeja

Data:
Ocena recenzenta: 4/10

Poszłam na Pompeję spodziewacjąc się wspaniałego filmu w filmie, dzieła o robieniu filmów i o kulach śmigających między mafiami jednocześnie. Streszczenie fabuły mówiło, że grupa filmowców pracuje nad szkicem filmu gangsterskiego, dwie sprzeczne koncepcje - intelektualna i prostsza nie pozwalają im dojść do porozumienia.

A więc naiwny widz spodziewa się tych dwóch intrygujących akcji i dramatu rozgrywającymi się między grupą filmowców. Czego widz nie wie idąc do kina: argentyńska ekipa wpada podczas burzy mózgów na najgorszy film gangsterski świata. Naprawdę. Lubię strzelających facetów, mafie i dziewczyny w bikini, nie należę do tej grupy kinowych dewiantów, którzy wyznają jedynie górnolotne dramaty. Ale ten konkretny film akcji jest po prostu bardzo zły.

Ciężko docenić krótkie przebitki na kłótnie filmowców, kiedy trzeba co chwila przechodzić przez ciężkie jak ołów i przez pierwsze 45 minut zupełnie nieskładne przygody Dylana, który w pewnym momencie zyskuje głuchoniemego brata, a potem stawia czoła konfliktom między mafią rosyjską i koreańską. Filmowcy naklejają imiona bohaterów na karteczkach post - it na ścianę, rozważają jaki układ będzie lepszy, jest trochę zabawnie, jest trochę inteligentnie, ale zaraz wracamy do krawaych scen, które niebezpiecznie dryfują ku zupełnej beztreściowości.

Pompeja nie zachwyca więc ani koncepcją całości, która była tak bardzo pełna potencjału - niestety zmarnowanego - ani na poziomie konkretnych historii. Żaden aktor nie wyciąga filmu z dna, żaden kadr nie daje estetycznej przyjemności, która wynagrodziłaby niemiłosiernie długo wleczący się czas.

Jednak po ochłonięciu z pierwszego rozczarowania, oceniam film raczej jako 'słaby', niż 'zły'. Zły byłby ten film gangsterski, nad którym pracuje ekipa. Rozbicie fabuły na dwa poziomy jednak nobilituje dzieło do wyższej kategorii.

Mi osobiście estetyczną przyjemność dał jeden kadr - ten który pojawia się zaraz po tym jak jeden ze scenarzystów mówi o tym, że uwielbia w kinie Azjatów, że dodają oni blasku - a następnie widzimy koreańskich mafiozów stąpających pewnie w garażu, przy majestatycznej muzyce. To było fajne. W filmie powinno być jednak mnóstwo tego typu scen, fajnych połączeń tego o co kłócą się filmowcy z faktyczną akcją. Zamiast dostaliśmy mnóstwo mordobicja przerywanego nudnymi dyskusjami autorów, które w pewnym momencie uznałem po prostu za pomysł faktycznej reżyserki na usprawiedliwienie luk w fabule swojego filmu w filmie. Ogólnie - zmarnowany pomysł. Nagrody w konkursie "Wolny duch" zupełnie nie rozumiem. Nawet nie umywa się ten film choćby do takiej "Opony" z WFF26.

Właśnie zmarnowanie dobrego pomysłu najbardziej mnie boli. Brak pomysłu na ten pomysł. Luki, potworne, ziejące przepaścią luki niezręcznie sklejone bezsensowną gadaniną....
Odnośnie sceny, którą opisujesz - tak, to było fajne, ale za krótkie aby jakkolwiek zaważyło na mojej ocenie filmu.

Dodaj komentarz