Berlinale 2024: Kuchenne rewolucje

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Pieniądze, jedzenie, strach i gniew. To wszystko znajdziemy w kuchni, do której zaprasza Alonso Ruizpalacios. La Cocina nie opiewa sztuki kulinarnej, a pokazuje krew, pot i łzy pracującej Ameryki. Ameryki, która coraz częściej ma latynoską twarz.

© Juan Pablo Ramírez / Filmadora

Obraz autora Filmu o policjantach rozpoczyna się niczym najklasyczniejsza opowieść o migracji do Stanów Zjednoczonych, na statku. Pochodząca z Meksyku Estella (Anna Diaz) trafia jednak nie na wyspę Ellis, a na Times Square, przy którym znajduje się The Grill. Restauracja będąca pułapką na turystów, prawdziwa fabryka przetwarzająca jedzenie. Zakład przypominający te z Ziemi obiecanej, którego celem jest produkowanie jak najwięcej i jak najszybciej, nawet trzech tysięcy posiłków w ciągu dnia. Linia produkcyjna jest bezwzględna dla robotników, dlatego pracują tam najbardziej zdesperowani. Głównie migranci, restauracja nie pyta o pozwolenie na pobyt. Ważne, żeby robotnicy byli wydajni i nie sprawiali problemów, a już w szczególności nie kradli. Dokumentów nie ma nie tylko Estella, ale też Pedro (Raul Briones), charyzmatyczny, ale i nieprzewidywalny kucharz, który wprowadza do restauracji dodatkowy chaos. Mężczyzna bywa zaczepny, bawi go wytrącanie z równowagi współpracowników, ale ma też dużo bardziej ludzką stronę, to jego problemy związane z finansami, ciążą dziewczyny Julii (Rooney Mara) czy relacje z kolegami stanowią serce tego dramatu.

Dramatu dosłownie, ponieważ La Cocina jest adaptacją Kuchni Arnolda Weskera, przedstawiciela tak zwanego brytyjskiego realizmu zlewu kuchennego. Sztuka została napisana pod koniec lat pięćdziesiątych, jednak została zaadaptowana do współczesnych realiów. Nie bez znaczenia jest fakt, w jakim momencie Alonso Ruizpalacios realizował swój film, w czasie nasilonej migracji do Stanów Zjednoczonych. Tak poważnej, że konserwatyści nazywają ją inwazją. Reżyser na pewno zdaje sobie sprawę z tego kontekstu i pokazuje migrantów pełnych nadziei, łaknących bezpieczeństwa, na granicy załamania czy marzących o lepszym jutrze, ale na pewno nie pragnących zniszczenia amerykańskiego snu lub stanowiących dla kogoś zagrożenie.

Ruizpalacios wychodzi od sztuki teatralnej, ale nie porzuca zamiłowania do realizmu. Jego Film o policjantach był intrygującym mariażem dokumentu i fabuły, tu mamy do czynienia z fikcją, jednak reżyserowi zależało na tym, aby była jak najbardziej prawdziwa. Dlatego zanim rozpoczęły się zdjęcia zorganizował długi okres przygotowawczy. Wszyscy aktorzy musieli najpierw przejść przez kurs gotowania, a następnie wykorzystać swoje umiejętności w czasie trzytygodniowych prób. I porównując La Cocinę z innym pieczołowicie przygotwanym pod względem kulinarnych realiów filmem, jakim jest Bulion i inne namiętności, widać, że Ruizpalaciosowi nie chodzi wcale o pokazanie efektu końcowego, czyli smacznego dania. Reżyser podkreśla, że chciał nakręcić żywnościowe antyporno. Dlatego dużo ważniejsza niż to, co na talerzu jest industrialna choreografia jego przygotowania. Reżyser wraz z operatorem Juanem Pablo Ramírezem zrealizowali kilka bardzo długich ujęć, które wymagały znakomitej koordynacji całej ekipy. Najdłuższe trwa czternaście minut i jest przykładem prawdziwej realizacyjnej wirtuozerii.

Czarno-białe zdjęcia zrealizowano z dużym kontrastem, unikając szarości. Przez to budowany jest nastrój niepokoju, niemal horrorowej grozy. Wizualnie i fabularnie przywoływany jest tu również kryminał, w końcu ważnym wątkiem jest zagadka zaginionych pieniędzy z kasy. Wreszcie jest i osobisty dramat obracający się wokół decyzji o utrzymaniu lub przerwaniu ciąży. La Cocina porusza się między tymi rejestrami, przez to jest produkcją intrygująco rozedrganą. Można jej zarzucić niezbyt równe tempo i nieco zbyt długi metraż, jednak jest intrygującym doświadczeniem. To po prostu kuchenne rewolucje, ale to hasło zostało wzięte dosłownie.