Berlinale 2024: Małe rzeczy

Data:
Ocena recenzenta: 5/10

Tragiczna historia pokazana przez drobne gesty dobroci, życzliwości, podłości czy obojętności. Taki pomysł ma Tim Mielants na opowiedzenie o pralniach sióstr magdalenek. Small Things Like These to też okazja do podziwiania Cilliana Murphyego w głównej roli. Takie połączenie wystarczyło, aby dostąpić zaszczytu otwarcia Berlinale, tylko czy to dość, aby zdobyć Złotego Niedźwiedzia?

© Shane O’Connor

Bill Furlong każdego dnia ładuje węgiel do worków, wrzuca je do ciężarówki, zawozi do klientów, w domu zmywa pył, słucha sporów córek. I tak dzień w dzień, aż jego rutynę rozbija pozornie zwyczajna dostawa. Węgiel, jak zawsze, trafia do klasztoru. Bill jednak zauważa dziewczynę siłą do ciągniętą do budynków zgromadzenia. Podczas kolejnych wizyt Sarah, bo tak ma na imię, znów się pojawia. Mężczyzna coraz bardziej zdaje sobie sprawę z tego, w jak opresyjnej sytuacji znajduje się dziewczyna i stara się jej w miarę możliwości pomóc.

Tim Mielants zdecydował się na sięgnięcie po temat irlandzkich pralni prowadzonych przez siostry. To historia, która już kilkukrotnie okazała się przepisem na interesujące kino. Reżysera nie interesuje jednak mechanizm opresji czy psychologiczny portret kobiet postawionych w tej sytuacji. Adaptując powieść Claire Keegan, która nawiasem mówiąc okazuje się niezwykle popularna wśród irlandzkich filmowców, Drobiazgi takie jak te skupia się właśnie na małych rzeczach. Pokazuje nie bohaterstwo, a życzliwość, obojętność zamiast niegodziwości czy milczące przyzwolenie, a nie podłość. To historia na ludzką skalę, a nie kino historyczne z epickim naddatkiem emocjonalnym. Byłby to doskonały gest, gdyby nie dwa wybory, jeden dotyczy optyki społecznej, drugi ramy narracyjnej.

Filmowi ciąży przede sposób, w jaki skonstruowany jest główny bohater. Tim Mielants nie jest Kenem Loachem, który potrafi opowiadać o emocjach przedstawicieli klasy pracującej. Wydawałoby się, że to temat w sam raz dla kogoś z wrażliwością autora Kes, film o węglu na dłoniach i czułym sercu. Obraz zupełnie niepotrzebnie stara się uzasadnić skąd ta empatia. No i trudno przyjąć za dobrą monetę, że odpowiada za to czytanie Dickensa w dzieciństwie. Ta niewiara w robotniczą delikatność kładzie się cieniem na całości, przesuwając ją raczej w kierunku moralitetu, a nie kina społecznego czy wiarygodnego dramatu psychologicznego. Sytuację ratuje Cillian Murphy, który wielkim aktorem jest, ale i on słabo radzi sobie ze scenariuszowym upupieniem swojego bohatera.

Drugim mieczem wiszącym nad Small Things Like These jest Opowieść wigilijna. Cały pomysł narracyjny jest mocno dickensowski, akcja toczy się przed Bożym Narodzeniem i ma pokazać wigilijne dobro. Bill nie jest co prawda podłym lichwiarzem, ale w obliczu świątecznej magii i on musi dokonać pewnych wyborów. Tim Mielants oczywiście nie proponuje hallmarkowej konfekcji filmowej, jednak walczy o miejsce w grudniowej ramówce i nie robi tego z taką fantazją, jak chociażby Sean Baker w Mandarynce.

Nie da się ukryć, że Small Things Like These otwierają Berlinale przede wszystkim ze względu na czerwony dywan. W końcu do Berlinale Palast może wejść Cillian Murphy, którego gwiazda do tej pory nie świeciła tak mocno, jak po Oppenheimerze. Do tego nie brakuje znanych nazwisk po drugiej stronie kamery. Wśród producentów można znaleźć i Matta Damona i Bena Afflecka. Czy obraz wyreżyserowany przez Tima Mielantsa jest poważnym kandydatem do Złotego Niedźwiedzia? Pierwszego dnia trudno to ocenić, jednak gdyby tak się okazało, nie byłoby to chwalebnym zwieńczeniem selekcyjnej pracy odchodzącej dyrekcji.