Białe piekło

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Luty 1942 roku. Trwa blokada Leningradu, od pięciu miesięcy niemal dwuipółmilionowa metropolia jest ostrzeliwana, a jej mieszkańcy uwięzieni. Mróz i głód sprawiają, że umierają tysiącami. W kolejce po chleb, od wrogiego pocisku czy zasypiają chroniąc się przed wiatrem, aby nigdy się nie obudzić. Dziennik blokady Andrieja Zajcewa pokazuje jeden dzień oblężenia. Kamera podąża za Olgą, młodą kobietą, która nie bacząc na niebezpieczeństwo idzie przez miasto. Pogodziła się z losem, chce jednak przed śmiercią jeszcze raz zobaczyć swojego ojca.

Dziennik blokady miał szansę zostać wstrząsającym filmem. Takim, który można by postawić na jednej półce z Idź i patrz Elema Klimowa czy Wniebowstąpieniem Łarisy Szepitko. Obrazy, które stworzyła operatorka Irina Uralska są jednocześnie piękne, jak i okrutne. Tak straszne, że reżyser rozbraja je narracją z offu. Czytany przez lektora tekst oparty został na twórczości Olgi Berholc i Daniłła Granina, ludzi, którzy przeżyli blokadę Leningradu. Związuje on zimowy koszmar pętami wyjaśnień. Ograniczona czasowo akcja uzupełniona zostaje o mnóstwo informacji. Niekiedy powtarzane są w ten sposób wydarzenia widziane na ekranie, zazwyczaj jednak to bomby danych naświetlające kontekst. Zajcew nie pozwala obrazom, żeby mówiły same za siebie, jakby bał się ciszy, która przecież we wspomnieniach osób ocalałych z oblężenia okazuje się niezwykle istotna.

Użycie lektora jest problematyczne z jeszcze innych względów. Przebrnięcie przez otwierającą film scenę ostrzeliwania Leningradu jest trudne ze względu na to, że kwestie wypowiedziane po niemiecku są od razu powtórzone po rosyjsku. Napisy byłyby tu więcej niż wskazane. Męski lektor jest wyborem kontrowersyjnym również ze względu na płeć głównej bohaterki. Widzowie obserwują kobietę i słyszą słowa, które mają być, przynajmniej w części, napisane przez nią. Z jakiegoś jednak względu czyta je mężczyzna. Wydaje się, że Zajcew chce uzyskać w ten sposób narrację dążącą do obiektywizmu, stąd ten pozornie bezosobowy głos. Mimo tego, że to obraz przede wszystkim o kobiecym doświadczeniu bliższa mu jest jednak męska perspektywa. Dziennik blokady ze względu na temat musi być blisko cywilnych ofiar wojny, jednak są tu momenty, w których niespodziewanie i nieprzyjemnie wybija hołubiony przez radzieckie kino heroizm.

Kiedy jednak zatkać uszy, albo poczekać na chwilę ciszy, realizacja okazuje się fantastyczna. Ujęcia przywodzą na myśl estetykę kina ekspresjonistycznego. Imponuje scenografia, w oblężony Leningrad można uwierzyć. Najważniejszy jest jednak śnieg, to zarówno niesamowite kilometry bieli, jak i oblepiający ubrania i skórę puch, piękny i doskonale oddający mroźne niebezpieczeństwo. Równie ciekawe jest aktorstwo, któremu daleko do teatralnego. Rola Olgi Ozołłapini jest więcej niż dobra nie ze względu na szerokie spektrum emocji, a fizyczność. Praktycznie nie widać jej twarzy. Ludzie w filmie Zajcewa otuleni są wieloma warstwami ubrań, spod których wyłaniają się oczy i trochę skóry. Ozołłapnia powoli porusza się w tym wymagającym kostiumie, chodzi bardzo wolnym krokiem, tak jakby naprawdę oszczędzała energię. To samo można powiedzieć o reszcie obsady, oddanie rolom jest tu tak duże, że głodujący mieszkańcy Leningradu bardziej przypominają żywe trupy niż bohaterowie filmów o zombie.

Dziennik blokady prosi się o przesunięcie akcentów tak, aby dorósł do swojej formy. Z drugiej strony to domaganie się, żeby Rosjanie przemeblowali swoją narodową mitologię. Film Zajcewa częściowo to robi, ale zatrzymuje się w pół drogi. Jak widać czasami reżyserom przydałoby się nieco odwagi bohaterów ich własnych produkcji.