Ikoną i transparentem

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Protestujący wymachujący świętymi obrazami, wyposażeni w bojowe różańce i inkwizytorski zapał nie są jedynie naszą krajową specjalnością. Podobnie sytuacja wygląda w Rumunii, gdzie obrońcy „tradycyjnych wartości” zablokowali dwa lata temu dwie premiery kinowe. Konflikt obyczajowego liberalizmu z twardym tradycjonalizmem to główny temat Poppy Field Eugena Jebeleanu. Filmu pozwalającego spojrzeć nań oczami żandarma, osoby, która nie powinna być w niego zaangażowana.

Cristi nie jest wyłącznie obserwatorem. Konflikt został wpisany dosłownie w jego ciało. Pracuje w służbach siłowych, maczystowskich z definicji, ale jednocześnie jest gejem. Nie ujawnił się,  o jego orientacji wie rodzina, ale nie koledzy w pracy. Interwencja w kinie następuje tuż po tym jak z Francji przyjeżdża jego chłopak. To związek na odległość, Hadi odwiedza go od czasu do czasu. Para właściwie nie opuszcza mieszkania. Cristi trzyma swój związek w czterech ścianach. Wychodząc zakłada nie tylko mundur, ale też heteronormatywną maskę. Zwykle to nie problem, ale ta interwencja jest inna, ponieważ wymusza zmierzenie się z rzeczywistością. Poppy Fields napędza różnica między tym co prywatne, a tym co publiczne. Ta nieprzystawalność tworzy style życia, które stają się nie do pogodzenia.

Twórcy obudowują sytuację dramatyczną kolejnymi warstwami znaczeń. Do zakłócenia premiery, co jest zgodne z rzeczywistością, doszło w sali kinowej Muzeum Rumuńskiego Chłopa. Stawką w tym konflikcie jest również to, kto może powoływać się na tradycję, do kogo należy prawo do narodowych symboli i dziedzictwa. Reżyser przesuwa konflikt w stronę lokalności. Widzowie nie zobaczą transparentów po angielsku wzywających pewnego znanego miliardera do zostawienia dzieci w spokoju. Takie zostały użyte w czasie premiery 120 uderzeń serca. Jej blokada odbiła się szerokim echem w światowych mediach i był to efekt zamierzony. W filmie protestujący może i nie są przyjemni, ale nie są częścią medialnej ofensywy (warto wziąć jako punkt odniesienia działalność Krucjaty Różańcowej za Ojczyznę).

Jebeleanu jest świadomy tego, jakie konteksty przywołuje, ale nie przykłada do nich większej wagi. Dla reżysera ważniejszy jest bliski kontakt z bohaterami, to on ratuje Poppy Field od zapadnięcia się pod własnym tematycznym ciężarem. Debiutujący reżyser okazuje się znakomitym inscenizatorem intymnych scen. Nie chodzi wyłącznie o początkową część, kiedy Cristi i Hadi są właściwie sami, ale też późniejszą, w kinie. Jedna z najlepszych sekwencji to ta, kiedy jeden z policjantów opowiada o swojej żonie. Widzowie słuchają kilkuminutowego monologu, krótkiej historii o odnalezieniu psa. Zrealizowanej w zbliżeniu, właściwie całkowicie statycznej, ale tak pełnej napięcia, że nie sposób się od niej oderwać.  Uznanie należy się Conradowi Mericofferowi, odtwórcy głównej roli. To jego pierwsza większa kinowa kreacja i okazała się zaskakująco wielowymiarowa. Gra wycofaną, mało emocjonalną osobę, ale z czasem powoli tracącą kontrolę. Podobnie naturalna jest reszta obsady złożona z weteranów rumuńskiej nowej fali. To samo można powiedzieć o operatorze. Marius Panduru to stały współpracownik Radu Jude. Tym razem wykorzystał znak rozpoznawczy kina ze swojej ojczyzny – naturalistyczny, ziarnisty obraz. Efekt okazał się intrygujący, zdjęcia Panduru mimo udanej dokumentalnej stylizacji służą za skuteczny wehikuł dla narracji. Kamera jest blisko aktorów, starając się nie zgubić nawet najdrobniejszego gestu czy grymasu.

Poppy Field dzięki skupieniu się na jednym bohaterze okazało się filmem zaskakująco udanym. Wpisanie w niego niezwykle skomplikowanego konfliktu nadało mu ciało i twarz. Dzięki temu twórcom udaje się uniknąć moralizowania. Trudno mieć wątpliwości, po której stronie stoi reżyser, jednak potrafi pokazać, że trzymając ikonę i śpiewając narodowe pieśni zwykle jest się przeciwko człowiekowi, a nie zdehumanizowanej ideologii.

 

Film prezentowany w Konkursie Debiutów 24. Festiwalu Black Nights w Tallinie

Zwiastun: