Ludzie, nie ideologia

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Co sprawia, że ludzie zmieniają się w potwory? Jak dochodzi do tego, że mają miejsce brutalne ataki na innych tylko ze względu na odmienność? To pytania, które zadaje Nabil Ben Yadir w Animals. W filmie o ukrytej i jawnej homofobii, raniącej nie tylko psychicznie, ale też potrafiącej zabijać.

Trzydziestoletni Brahim odwiedza rodzinny dom w dniu urodzin swojej matki. Budynek pełen jest rodziny i znajomych, jednak on czeka tylko na swojego przyjaciela Thomasa. Tak naprawdę to jego chłopak, jednak Brahim nie ujawnił swojej orientacji rodzinie.  O tym, że jest gejem wie tylko jego brat i bratowa i nie chcą, żeby ktokolwiek się jeszcze o tym dowiedział. Dlatego nie dopuszczają do pojawienia się Thomasa na rodzinnym przyjęciu. Brahim opuszcza dom, żeby znaleźć swojego chłopaka. W pewnym momencie wsiada do samochodu, którym podróżuje czterech mężczyzn. Przez to staje się ofiarą homofobicznej napaści, zdany jest na łaskę odurzonych i pełnych agresji młodych ludzi. Nabil Ben Yadir nie fantazjuje, jego film zainspirowany został prawdziwym wydarzeniem – morderstwem Ihsane Jarfiego, którego torturowano przez kilka godzin nim porzucono go na odludziu.

Animals jest filmem nieprzyjemnym ze względu na to, że to kino o wysmakowanej konstrukcji. Zastosowana trójaktowa struktura, w której akt pierwszy i trzeci symetrycznie odtwarzają podobne motywy, ale nadają im odmienne znaczenia, to przykład inteligentnego scenopisarstwa. Tylko czy film o bezsensownym okrucieństwie ma prawo być eleganckim? Czy wypada oprawiać tortury i śmierć w niemal klasycyzującą dramatyczną konstrukcję? Pytania te należy zadawać nie po to, aby dać upust wzburzeniu, ale, żeby zastanowić się jak i czy w ogóle kino może poradzić sobie z oddaniem doświadczeń granicznych. Celem Nabila Ben Yadira było pokazanie wybuchu nagiej przemocy, tak strasznej, że aż zaburzającej formę obrazu. Środkowa część filmu przedstawia nagranie z telefonów komórkowych wykonane przez sprawców zbrodni, jakby dało się na nią patrzeć wyłącznie ich oczami. Typowe, obiektywizujące, spojrzenie kamery nie jest tu wystarczające. Dzieło zniszczenia staje się jednocześnie aktem tworzenia materiałów wizualnych. To chyba najbardziej niepokojący aspekt Animals, przerzuca odpowiedzialność ze sprawców na oglądających. Sam fakt potencjalnej atrakcyjności takich obrazów jest już uderzająco niewłaściwy.

Początek filmu Nabila Ben Yadira zapowiada kolejny interwencyjny film o tradycyjnych społecznościach, które nie są w stanie w żaden sposób włączyć osób LGBTQ+. Pierwsza część, mimo że dobrze oddająca napięcie i niepokój głównego bohatera wydaje się jednak nieco zbyt publicystyczna, to festiwal miękkiej homofobii. Pokaz wachlarza upokorzeń, z których ludzie nawet nie muszą zdawać sobie sprawy. Bardziej interesująco staje się, kiedy Animals zmierza w podobnym kierunku, co Kinatay Brillante Mendozy – podróży w coraz głębszą noc. Tempo jest niespieszne, wręcz niekiedy nieprzyjemnie powolne, jest w tym jednak metoda, a nie brak umiejętności. Na pewno ogromne uznanie należy się  Soufianowi Chilah za rolę Brahima. To na jego barkach niesione są Animals. Przez długi czas kamera nie robi właściwie nic innego, a tylko przygląda się jego twarzy. Zdjęcia Franka Van Den Eedena są przede wszystkim oprawą dla pracy aktorskiej, oczywiście wyłączając kulminacyjną, ciągnącą się bez końca, sekwencję przemocy.

O obrazie Nabila Ben Yadira można powiedzieć wszystko, ale nie to, że w czasie seansu można odczuwać przyjemność. Nie sposób nie docenić reżyserskiego i operatorskiego rzemiosła, intelektualnie to również rzecz nieoczywista. Zostawia w widzach więcej pytań niż odpowiedzi, ale może czystej nienawiści po prostu zrozumieć się nie da.

Film prezentowany w ramach Konkursu Głównego 25. Festiwalu Filmowego w Tallinnie.