Na krańcach świata

Data:
Ocena recenzenta: 5/10

Czukotka – sam kraniec Eurazji, ale też koniec rosyjskiego świata. Bardziej na wschód jest już tylko Ameryka – wróg, obiekt fascynacji i pożądania. Odmienność kontynentów napędza film Filippa Jurjewa. Rosyjski Daleki Wschód daje treść, a Stany Zjednoczone dostarczają Wielorybnikowi język wizualny do opowiedzenia o pierwszej miłości.

Mieszkający na Półwyspie Czukockim Liosza się zakochuje. Rzecz dla nastolatka normalna, jednak obiektem jego uczucia jest HollySweet999 – mieszkająca w Detroit dziewczyna pracująca przed kamerą sekscztau. Serce nie sługa, nie zważa na odległość i język. Półwysep od Stanów Zjednoczonych oddziela jedynie cieśnina Beringa, więc piękna blondynka wydaje się chłopakowi na wyciągnięcie ręki. Na tyle blisko, że z pomocą książki do nauki angielskiego wyrusza na poszukiwanie ukochanej.

Wyprawa na krańce imperium to także przejaw ambicji Jurjewa. Tak zaczynało kilka pokoleń mistrzów radzieckiego kina. Andriej Konczałowski nakręcił Pierwszego nauczyciela w Kirgistanie, upał kazachskiego lata przyniósł Znój Łarisy Szepitko, a Aleksnadr Sokurow wyreżyserował w Turkmenistanie Dni zaćmienia. Imponujący zestaw nazwisk, więc debiut na Półwyspie Czukockim wymagał niemałej odwagi. Trudno orzec jak za kilka(dziesiąt) lat Jurjew odnajdzie się w tym gronie. Można za to docenić dostrzeżenie problemu relacji centrum-peryferie, ale też to jak bardzo skomplikowana się stała. Inaczej niż dla dawnych absolwentów WGIK-u metropolią nie jest Moskwa, a przynajmniej nie tylko ona. Dla Wielorybnika punktem odniesienia jest amerykańska kultura, z opracowanymi przez nią technologiami i konwencjami wizualnymi. Pokazanie wielobiegunowego świata jest na pewno odświeżające, ale nie uwalnia od spojrzenia kolonizatora. Podstawowy problem filmu polega na tym, że traktuje swojego bohatera protekcjonalnie. To jakiś dziwny Obcy, który nie potrafi posługiwać się internetem. Za to widoki są piękne, a zwyczaje ciekawe, więc Czukotka to wymarzone miejsce dla filmowca-zdobywcy. Ten sposób obrazowania po prostu kole w oczy i mimo wielu niewątpliwych zalet Wielorybnika nie da się o nim zapomnieć.

Do plusów można zaliczyć inteligentne wykorzystanie konwencji amerykańskiego kina niezależnego. To film drogi i to taki, którego nie wypuściłoby wielkie studio, a powstałby w wytwórni indie. Twórcy zdjęć Michaił Chursiewicz i Jakow Mironcziew bardzo sprawnie zasymulowali sposoby obrazowania często używane przez niezależnych filmowców po drugiej stronie cieśniny Beringa. Zapominając o treści Wielorybnika ogląda się go i słucha (pochwały dla muzyki autorstwa Krzysztofa A. Jańczaka) z niewątpliwą przyjemnością. Estetyczne wybory twórców okazują się co najmniej interesujące i aż się prosi, żeby posłużyły lepszej sprawie.

Zwiastun: