Najlepsze filmy 2021: pierwsza dziesiątka

Data:

10. Bipolar, reż. Queena Li

Queena Li sięgnęła po mit o Orfeuszu i Eurydyce, żeby zaproponować kino drogi o podróży dziewczyny i homara. Piosenkarka kradnie zwierzę, które jest jedną z atrakcji luksusowego hotelu w Lhasie. Chce go wypuścić na wolność, ale z Tybetu nad morze droga jest daleka. Podróż to okazja do skonfrontowania się z przeszłością. Na poziomie scenariusza to film więcej niż ciekawy, ale prawdziwa siła tkwi w obrazach. Na pewno nagroda dla najlepszego debiutu operatorskiego na Camerimage dla Yuming Ke była w pełni zasłużona.

 

9. Dzienniki Ewoinpreis, reż. Maureen Fazendeiro, Miguel Gomes

Miguel Gomes to wciąż jeden z najciekawszych europejskich filmowców, nic więc dziwnego, że wraz z Maureen Fazendeiro postanowili spojrzeć na pandemię jak na szansę. Dzienniki Ewoinpreis to projekt mniejszy, produkcyjnie bliższy do wideodziennika niż rozbuchanej trylogii Tysiąca i jednej nocy. Eksperyment z odwróceniem chronologii jednak działa, a odniesienia do wcześniejszej twórczości (Nasz ukochany miesiąc sierpień) sprawiają, że ten prosty film staje się bogaty w treści. To wciąż jednak lekkie letnie kino, oferujące beztroskę, jakiej brakowało w tym roku epidemii.

 

8.  Żeby nie było śladów, Jan P. Matuszyński

Sprawa Grzegorza Przemyka odżyła dzięki Cezaremu Łazerwiczowi. W nagrodzonym Nike reportażu przyglądał się temu jak machina państwowa zajmuje się obroną własną, a nie służeniem obwyatelom. Jan P. Matuszyński idzie tym tropem, ale daje trybom maszyny twarze aktorów. Źeby nie było śladów imponuje kreacjami jakie stworzyła Sandra Korzeniak, Aleksandra Konieczna czy Tomasz Ziętek. Lata osiemdziesiąte są tu pieczołowicie odtworzone. W tym zalewie brzydkich fryzur, wąsów, swetrów i mebli na szczęście nie gubi się moralna stawka.

Recenzja

 

7. Dziewczyna i pająk, reż. Ramon Zürcher, Silvan Zürcher

W tym zestawieniu to chyba najtrudniejszy film do opowiedzenia. Dziewczyna i pająk to w końcu obarz o przeprowadzce. Tylko tyle i aż tyle. Mimo ograniczenia przestrzeni to produkcja wysoce energetyczna, cały czas pokazująca ruch. Wszystko jest tu dynamiczne, widzowie cały czas dowiadują się czegoś nowego o bohaterach, nawet jeżeli w scenariuszu dzieje się niewiele. To zasługa wyrafinowanej realizacji, która tworzy niezwykły intymny mikroświat.

 

6. Niefortunny numerek lub szalone porno, reż. Radu Jude

Pandemiczny sezon przyniósł wiele zmian, ale w najśmielszych snach nie przypuszczałem, że wręczy Złotego Niedźwiedzia Radu Jude. Zwłaszcza za film zaczynający się od domowej roboty pornograficznego wideo. Niefortunny numerek… jest powrotem do reżyserskiej formy niewidzianej od czasów Zabliźnionych serc. Jude w końcu udaje się połączyć ważny temat z filmową atrakcyjnością. Rumuńska rzeczywistość okazuje się zadziwiająco podobna do polskiej, a reżyser potrafi ją krytykować tak, aby uniknąć ponuractwa. Czuć tu typową dla środkowoeuropejskiego inteligenta frustrację, ale rozbrajaną ironią i humorem.

Recenzja

 

5. To była ręka Boga, reż. Paolo Sorrentino

Najbardziej imponujące w To była ręka Boga jest to, że Paolo Sorrentino postanowił w końcu przestać spełniać oczekiwania widowni. Po sukcesie Wielkiego piękna każdy jego kolejny film był kopią. Dlatego Młodość czy Oni były obrazami bezpiecznymi, ale rozczarowującymi. Tym razem Sorrentino idzie wbrew oczekiwaniom i zamiast epatować bombastycznymi sekwencjami proponuje film autobiograficzny, dopiero zapowiadający kreacyjnego twórcę. Momentami to czysta gatunkowo komedia, niekiedy dramat psychologiczny i wreszcie odrobina Felliniego. Zaskakująco świeże podejście jak na reżysera, który wydawało się, że już tylko odcina kupony.

Recenzja

 

4. Azor, reż. Andreas Fontana

Andreas Fontana udowadnia, że ocenianie filmów po streszczeniu fabuły nie ma większego sensu. Azor to w końcu film o bankierze obsługującym nieprzyzwoicie bogatych klientów, który próbuje zająć miejsce po swoim nieobecnym koledze. Nic tylko rozmowy biznesowe i kolacje. Jednocześnie to produkcja intrygująca. Wszystkie wydarzenia obracają się wokół pustki. Sekretu niezrozumiałego ani dla głównego bohatera, ani dla widzów. Detektywistyczna narracja w końcu pokazuje swoje polityczne podbrzusze sprawiając, że można ją odnieść do innych czasów i miejsc niż Argentyna lat 80. Azor to kino bez awangardowych ambicji, jednak udowadniające, że klasyczna realizacja wciąż ma w sobie odrobinę wywrotowego potencjału.

Recenzja

 

3. The Card Counter, reż. Paul Schrader

Współczesne kino amerykańskie nie ma aż tak wiele ciekawego do powiedzenia, ale od czegoś są przecież klasycy. Paul Schrader, scenarzysta Taksówkarza, pozostaje wierny kinowej formule wypracowanej w latach 70. Autor Pierwszego reformowanego po prostu lubi opowiadać o rzeczach ważnych, a ciągle jedną z najważniejszych historii Stanów Zjednoczonych są losy weteranów. Bez względu na to czy walczyli w Wietnamie, Afganistanie czy Iraku są tylko narzędziami w rękach imperium. Kiedy przestają być potrzebni armia się od nich odcina, więc muszą sami odnaleźć się w rzeczywistości bez munduru. Główny bohater szuka stabilizacji w miejscu, w którym najmniej można się go spodziewać - w kasynie. Rzeczywistość Schradera jest tak przerażająca, że jedynym sposobem, aby sobie z nią poradzić jest ucieczka w przestrzeń ją symulującą.

Recenzja

 

2. Gorączka, reż. Kirił Sieriebriennikow

Kiriłowi Sieriebriennikowi można tylko współczuć, że prezentując w Cannes po raz kolejny świetny film musiał obejść się bez nagrody. Gorączka jest tym, co najlepsze w rosyjskim kinie. Doskonale łączy formalne wyrafinowanie, krytykę społeczną i oddanie dziwaczności życia we współczesnej Europie Wschodniej. Sieriebriennikow tym razem jest bardziej surrealistyczny, ale też osobisty. Pietrow to najgłębszy z jego bohaterów, również dlatego, że Gorączka to podróż po jego podświadomości.

Recenzja

 

1. Labyrinth of Cinema, reż. Nabuhiko Obayashi

Nabuhiko Obayashi znany jest na Zachodzie przede wszystkim jako reżyser kultowego Domu. Zmarły w 2020 roku klasyk nieklasycznego japońskiego kina do końca pozostawał intrygującym twórcą, co doskonale widać w Labirynth of Cinema. To pokaz szaleńczej miłości do kina, ale nie jest to uczucie bezkrytyczne. Obayashi stworzył antywojenny film opowiedziany estetykami wypracowanymi przez japońskie produkcje o wojnie. Reżyser Hausu udowadnia, że duży budżet jest dla ludzi bez wyobraźni. W Labyrinth of Cinema można zobaczyć efekty specjalne, które konkurować by mogły z polskim Wiedźminem, ale składają się na przemyślaną, przekonującą całość. Wyobraźnia, filmowa erudycja i czysta pasja tworzenia wzajemnie się napędzają sprawiając, że to naprawdę wyjątkowy obraz. Obayashi podczas realizacji tego filmu miał już postawioną diagnozę raka płuc. Nakręcił więc naprawdę piękne pożegnanie.