Niski lot

Data:
Ocena recenzenta: 5/10

Podczas letniego obozu dla graczy jego uczestnicy wpadają w trans. Nie odrywają się od ekranów. Niektórzy grają przez kilkanaście godzin z rzędu. W końcu opiekunowie wyłączają prąd. Siedmiu chłopców ucieka, przez 20 dni pozostają na wolności, poza kontrolą dorosłych. Omijają miejsca odwiedzane przez ludzi, eksplorują opuszczone budynki. Muszą też skonfrontować się ze swoimi wnętrzami oraz zbudować grupowe relacje.

Ćmy Piotra Stasika jednoznacznie inspirują się Władcą much i nie ma w nich nic złego.  O tym, że to wciąż żywy tekst świadczy chociażby artystyczny sukces Monos Alejandro Landesa. Różnica polega na tym, że „stan natury”, w którym znajdują się bohaterowie polskiego filmu nie jest wywołany przez obiektywne czynniki. Chłopców od cywilizacji nie oddziela ani dżungla, ani ocean. Muszą sami utrzymywać dystans dzielący ich od cywilizacji. To ich quest, który wypełniają tak, jak kończyli zadania w wirtualnym świecie. Przestrzeń, którą przemierzają to postapokaliptyczne pustkowie, ale w polskim wydaniu. Opuszczone stacje kolejowe, fabryki, nieużytki – miejsca zostawione przez transformację.

Wnioski na temat gier, do których dochodzi reżyser są co najmniej problematyczne. Wirtualna rozrywka powoduje agresję, alienuje, uniemożliwia prawidłowy rozwój. Klasyczne tezy prasowej publicystyki nie zostały nawet w najmniejszym stopniu poddane krytyce. Dziwi to w czasach, kiedy najpopularniejszą grą świata jest Minecraft, w kraju, gdzie rzesze wiernych graczy zdobywają wszelkiej maści symulatory oraz w czasie pandemii, która jednym z najczęściej granych tytułów uczyniła Animal Crossing – umożliwiający wejście w świat bez przemocy, gdzie rozgrywka polega na pieleniu chwastów i interakcji z sąsiadami. W Ćmach gry są przekroczeniem, ekscesem, nadmiarem. Nie da się przeoczyć ironii w fakcie premiery na festiwalu, w czasie którego oczy widzów całymi dniami są przepalane obrazami. Przez chwilę wydaje się, że fakt posiadania przez jednego z bohaterów kamery sprawi, że film otworzy się na grową estetykę w stylu FPS, jednak nic z tego. Gry wideo to tylko chwyt scenariuszowy, który ma pomóc zbudować sytuację dramatyczną.

Krytykowanie Ciem to niemiły obowiązek recenzenta. Przede wszystkim dlatego, że Piotr Stasik wypracował bardzo szczególną formułę dla swoich filmów, na polskim podwórku porównywalną chyba jedynie do twórczości Wojciecha Wiszniewskiego. Bardzo odważnie eksploruje granicę między kreacją, a dokumentem, wyraźnie podkreślając umowność pokazywanych sytuacji, wydobywając pęknięcia i zgrzyty, tworząc całość z często kontrastujących ze sobą fragmentów. Pomysł to ambitny i godny pochwały, ale też domagający się większego budżetu. Operujące mikrobudżetem Ćmy (kwota dofinansowania z PISF wyniosła niecałe 600 tysięcy złotych) nie są w stanie skutecznie bić się w tej lidze. Nie chodzi tu wyłącznie o długość, chociaż nie da się ukryć, że 68 minut wydaje się zdecydowanie niewystarczające. Bardziej razi fakt, że widzowie niewiele zobaczą z tej chłopięcej Odysei – przede wszystkim będą oglądać przepracowujące je warsztaty teatralne. To ciekawy wybieg podnoszący na kolejny poziom heterogeniczność formalną, jednak też zmniejszający czystą przyjemność oglądania.

Właśnie o kwestię satysfakcji rozbijają się Ćmy. To obraz naznaczony brakiem. Pod każdym względem ciekawy, ale zawsze trafiający w brzeg tarczy. Intelektualnie chybi przez nietrafne założenia. Formalnie zaś twórcy musieli ugiąć się pod naporem budżetu, mimo więcej niż solidnej pracy kompozytora Pawła Mykietyna i operatora Nicolasa Villegasa. Nawet przyjemność z pochłaniania obrazów nie jest wystarczająca. Ćmy to film niemrawy, niemający energii na to, żeby dolecieć do płomienia i w nim godnie zginąć.