Opowieści księżycowe

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Mona Lisa and the Blood Moon jest dowodem na to, że debiut Any Lily Amirpour nie był wypadkiem przy pracy. Siedem lat po O dziewczynie, która nocą wraca do domu, który sama określiła jako „pierwszy irański wampiryczny spaghetti western” i pięć po niezbyt ciepło przyjętej Outsiderce wróciła z produkcją wyjątkowo stylową, bardzo rozrywkową i trudną do gatunkowej klasyfikacji.

Mona Lisa to tytuł piosenki, która słyszymy w czasie napisów początkowych, ale też dwa pierwsze imiona głównej bohaterki, Mony Lisy Lee. Dziewczyna od lat przebywa w szpitalu psychiatrycznym. Nie mówi, nie rusza się, o tym, że żyje wiadomo tylko dlatego, iż z jej ust ścieka strużka śliny. W końcu jednak wydobywa się z katatonii i to w sposób daleki od tych znanych nauce. Nie tylko wraca do zmysłów, ale też zostaje obdarzona nadnaturalną mocą. Przy pomocy umysłu może kontrolować ciała innych. Wydostanie się ze szpitala nie stanowi więc dla niej większego problemu. To oczywiste, że poleje się krew, ale taka jest cena wolności.

Za murami szpitala znajduje się Nowy Orlean, miasto słynące ze swojej wątpliwej reputacji. Mona Lisa szybko będzie musiała przejść przyspieszony kurs amerykańskiej kultury i nie będzie John Steinbeck i Philip Glass, a dealerzy, policjanci i tancerki erotyczne. Amirpour łączy w ten sposób dwie ekranowe Ameryki, jakie zwykle dzieli szczelna granica: film superbohaterski i kino społeczne. Główna bohaterka została obdarzona mocą, ale nie trafiła do rzeczywistości, gdzie działają Avengersi, a do takiej, w której nocą nie spotyka się Iron Mana, a raczej niezbyt przyjemne towarzystwo. Nie oznacza to oczywiście, że reżyserka zajmuje się stawianiem poważnych diagnoz na temat Stanów Zjednoczonych, raczej wydobywa wszystko to, co ukrywane przez Marvela. Społeczna konstelacja odkrywana przez autorkę Outsiderki przywodzi na myśl kino Seana Bakera, a zwłaszcza Mandarynkę. W świetle jupiterów znajdują się ludzie niepasujący do normy czy to ze względu na pochodzenie (nie bez powodu w głównej roli obsadzono pochodzącą z Korei Jeon Jong-seo) czy też ze względu na wykonywaną profesję (praca seksualna). Przy tym i Amirpour i Baker poruszają się po tej przestrzeni społecznego cienia po to, żeby nakręcić kino rozrywkowe.

Podróż z Moną pełna jest dziwnych zwrotów akcji przetasowujących gatunkową talię reżyserki. Czy pokazane wydarzenia mają sens? Oczywiście, że nie, ale nie o prawdopodobieństwo tu chodzi, a o euforię z jazdy na złamanie karku. Żywe kolory, neony i zaskakująco eklektyczna muzyka (od hard rocka po elektronikę) napędzają film, w którym jedno niedorzeczne rozwiązanie fabularne goni drugie, a jakimś cudem całość unika katastrofy. Amirpour łączy kino zemsty, horror, film superbohaterski i uchodzi jej to na sucho. Mona Lisa and the Blood Moon to szaleństwo, ale urocze, efektowne i nie zalewające widzów zbędnymi wytworami intelektu.