Piaski czasu

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Na Diunę Denisa Villeneuve czekaliśmy wyjątkowo długo. Ze względu na pandemię studio decydowało się na kolejne przesunięcia premiery, aż do ostatecznego pierwszego pokazu na festiwalu w Wenecji. W wypadku tego filmu przedłużające się oczekiwanie okazuje się jednak czymś dużo głębszym. W końcu bazuje na mesjanistycznej prozie, eksplorującej wiarę w przyjście zbawiciela.

Czy Villeneuve zbawił współczesne superprodukcje? Nie, na razie przedstawił wyłącznie plan odbudowy i to bez środków na realizację. Diuna jest tylko pierwszym aktem większej historii. To właściwie zawiązanie akcji. Ustanowiona zostaje polityczna intryga, ród Atrydów dociera na Arrakis, a Paul rozpoczyna swoją drogę do zostania zbawicielem. Czy to znaczy, że w filmie autora Pogorzeliska dzieje się mało? Wprost przeciwnie. Diuna wypełniona została po brzegi akcją. Jeżeli ktoś oczekuje jednak, że film będzie miał początek, rozwinięcie i zakończenie, to dwóch ostatnich elementów tutaj brakuje. To solidna podstawa pod monumentalną kosmiczną opowieść. Ciekawe tylko czy kiedykolwiek się ziści?

Kontynuacja jest tym bardziej potrzebna, że szkoda marnować koncepcyjny wysiłek włożony w budowanie świata. Może nie jest to wizja, jaką chciał zaprezentować Alejandro Jodorwsky, jednak daleko przewyższa większość współczesnych superprodukcji. Widać, że architektura, pojazdy czy ubrania nie są generyczne. To nie przekolorowane wersje z innych filmów, a części przemyślanego, spójnego świata. W ramach pierwszej produkcji z potencjalnego cyklu taka zwartość była konieczna, ponieważ historię napędzają ludzie i decyzje, których widzowie nie zobaczą. Imperator wymieniany jest wyłącznie z imienia, a to przecież jego dekret nakręca spiralę wydarzeń. Aby Diuna nie rozpadła się pod naporem wątków i postaci potrzeba było czegoś co to wszystko sklei i sprawi, że widzowie naprawdę wejdą w obcy świat. Właśnie tym są spójne projekty kostiumów, scenografii i efektów specjalnych.

Obsada zebrana przez Villeneuve’a jest imponująca, przynajmniej na papierze. Lista gwiazd ciągnie się w nieskończoność, ale to nie status na rynku decyduje o czasie obecnym na ekranie. Charakteryzacja, kostiumy i montaż sprawiają, że niektórzy aktorzy wręcz stapiają się z tłem. Grająca wielebną matkę Charlotte Rampling jest rozpoznawalna przede wszystkim przez głos, jej twarz niemal cały czas pozostaje zakryta. To najbardziej ekstremalny przykład, ale wybory dokonywane przez Villeneuve’a nie zawsze są oczywiste. Timothee Chalamet wcześniej w ogóle nie grał w produkcji tego rozmiaru i nie tylko mieszkańcy Arrakis mogą mieć wątpliwości czy naprawdę jest Kwisatz Haderach. Zaskakuje Rebecca Ferguson, chyba najmniej rozpoznawalna postać w tej grupie, jej Lady Jessika to postać wyjątkowo silna, matczyna, ale też stanowcza. To jednak również rola bardzo fizyczna, wykraczająca poza pracę twarzą. Poza Chalametem i Zendayą (co do których można się zastanawiać czy casting nie mógłby być lepszy) właściwie cała obsada doskonale wie co robić. Tym bardziej, że w tym niekrótkim filmie większość postaci dostaje zaledwie klika minut.

Mimo blisko trzech godzin trwania, i przewijajacej się w wywiadach deklaracji, że jest to wersja skrócona, reżyserowi Nowego początku nie udało się przedstawić pełnej historii. Według standardów współczesnej rozrywki nigdzie się nie spieszy. Pozwała sobie na spowolnienia akcji, przyjrzenie się pustynnej Arrakis. Jest w Diunie coś ze starego epickiego kina. Takiego sprzed epoki CGI, kiedy widzów oczarować można było scenografią i krajobrazem. Powrót wysokobudżetowych filmów opracowanych dla nieco starszego widza, operujących inną dynamiką między bohaterami niż buddy movie jest kuszącą perspektywą. Teraz tylko widzowie mogą zadecydować o tym czy kupią tę opowieść, a Villeneuve zostanie Kwisatz Haderach współczesnego kina.