Pieski świat

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Jane Campion po dwunastu latach wróciła do kręcenia pełnych metraży i zrobiła to w doskonałym stylu. Psie pazury oferują inne niż zazwyczaj spojrzenie na western, bardziej psychologiczne, subtelniejsze, skupione na szczegółach. Jednak przede wszystkim to film w intrygujący sposób snujący nieoczywistą opowieść.

Montana, rok 1925. Kraina gór i bydła, daleka od cywilizacji, gdzie wciąż najlepszym zawodem jest wypasanie krów. Na nim majątek zbili bracia Burbank. Phil (Benedict Cumberbatch), mimo że wykształcony, w pełni zaakceptował życia kowboja i afirmuje swój niemal półdziki status, myje się tylko w rzece i ubiera się tak, żeby w każdym momencie móc wskoczyć na konia. Jego brat George (Jesse Plemons) próbuje żyć w miejski sposób. Jeździ samochodem, nosi garnitur i charakteryzuje się łagodnością obyczajów. Braterska relacja, mimo że niepozbawiona napięć jest bardzo silna, jednak zostaje wystawiona na próbę kiedy George zakochuje się w Rose (Kirsten Dunst), nie dość, że wdowie, to jeszcze kobiecie z innej sfery. Ona i jej syn Peter wprowadzają nową dynamikę w gospodarstwie. Modelowe westernowe życie, w którym ważni są jedynie mężczyźni, krowy i ziemia zostaje poddane wyjątkowo trudnemu testowi wytrzymałości.

Jane Campion jak wielu twórców w ostatnich latach sięgnęła po właściwie już wymarły gatunek i proponuje jego autorską wersję. Jest delikatniejsza, bardziej skupiona na postaciach i pięknie gór, pustkowi i zwierząt. Trudno tylko jednoznacznie stwierdzić po co Psie pazury powstały. To pięknie zrealizowany film, ciekawy aktorsko i intrygujący psychologicznie. Co z tego, skoro bez tematu? Wiadomo, że dla chcącego nic trudnego i krytycy rzucą się, żeby zatopić zęby w niestandardowych relacjach rodzinnych czy nieoczywistej seksualności co najmniej jednego z bohaterów (skoro już dostał nominację do Lwa Queer…). Są to jednak fragmenty większej narracyjnej całości, które nie rzutują na jej postrzeganie. Jeżeli szukać gdzieś klucza to właśnie w opowiadaniu i czerpaniu z tego przyjemności. Nie jest to może majstersztyk na miarę Służącej Park Chan-wooka, jednak w tym powolnym szaleństwie jest metoda. Campion powoli rozwija opowieść i pokazuje swoich bohaterów w całej złożoności, a są to postaci dalekie od oczywistości.

Sukces filmu to przede wszystkim zasługa aktorów. Najlepiej widać to w przypadku obsadzonego w głównej roli Benedicta Cumberbatcha. Początkowo irytuje karykaturą aktorstwa w anglosaskim wydaniu: zmieniony głos, wystudiowany specyficzny sposób poruszania się, na twarzy malownicze błoto. Wypisz, wymaluj powierzchowna hollywoodzka metoda. Cumberbatch jest tego świadomy i każdy z tych elementów zostaje przez niego świadomie przetworzony. Jane Campion potrafiła poprowadzić swoich aktorów tak, żeby ta dziwna sytuacja dramatyczna nie stała się groteskowa. To, że do tego zdolni są Kirsten Dunst i Jesse Plemons nikt nie powinien mieć wątpliwości. Jednak Kodi Smit-McPhee, najmłodszy aktor w tej grupie to już zupełnie inna historia. Dostał drugą najtrudniejszą rolę chłopaka, który nie do końca wpisuje się we wzorce męskości w machystowskim świecie i rozprawił się z nią znakomicie. Udało mu się nie wpaść ani w skrajną beznadzieję, ani zbytnią krzykliwość, dzięki temu jego bohater nie jest tylko ofiarą i nawet na poziomie kreacji aktorskiej nabiera podmiotowości.

Po Psich pazurach przede wszystkim pozostają obrazy: stado poganiane przez kowbojów, samochód jadący przez pierwszy śnieg czy plecenie liny. Campion w kwestii wizualiów jest wyjątkowo zdystansowana, szuka tego, co w tym świecie piękne, jednak pozwala na brutalne wtargnięcia pracy ze zwierzętami. Sięgając po ten sam tekst inny reżyser mógłby nakręcić film w estetyce gore. Campion sublimuje, ponieważ tylko w ten sposób może być wierna swoim bohaterom, dla których czysto estetyczny stosunek do życia na ranchu jest jedną z osi konfliktu.

Psie pazury to film, który pada ofiarą własnej subtelności. Jest świetnie zagrany, znakomicie sfotografowany i narracyjnie wyważony. Przed sięgnięciem po wielkość powstrzymuje go tylko autoteliczność. Zwrócony jest ku sobie, oferując wyłącznie opowieść, gubiąc gdzieś kontakt z rzeczywistością.