Pociągi pod specjalnym nadzorem

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Przyjdźcie tu Anochy Suwichakornpong rozpoczyna się od ujęcia z okna jadącego pociągu. Widać jedynie przesuwające się skały i drzewa. Dokąd jadą wagony i czy na pewno poruszają się w realnej przestrzeni? Te pytania widz zaczyna sobie zadawać kiedy czwórka bohaterów przyjeżdża do prowincji Kanchanaburi, gdzie znajduje się muzeum poświęcone kolei birmańskiej. Linii kolejowej łączącej tajlandzki Bangkok z Rangunem, przy budowie której zginęły tysiące ludzi. Placówka jest w remoncie, otwarta pozostaje za to trasa spacerowa, z której zdemontowano tory. Wielkie miasta Półwyspu Indochińskiego nie są już połączone ze sobą za pomocą stali, jednak wyzysk, cierpienie i śmierć są w stanie przetrwać dłużej niż praca ludzkich rąk.

Doświadczenie społecznego zespołu stresu pourazowego jest dla reżyserki Zwyczajnej historii tworzywem, z którego kształtuje swój film. I, co tu kryć, to glina, z której wszyscy zostaliśmy ulepieni. Z krajowej perspektywy podobieństwa są aż zbyt uderzające, w końcu i nas straszą widma pociągów jadących ku zagładzie. Anocha Suwichakornpong udowadnia, że jest przede wszystkim intelektualistką kina. Niżej podpisany nie da sobie ręki uciąć za to, iż reżyserka skończyła kurs antropologii kultury, jednak wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że Bronisław Malinowski i jego następcy nie są jej obojętni. Przyjdźcie tu patronuje Victor Turner ze swoim pojęciem liminalności. Reżyserka umieszcza bohaterów w przestrzeni „pomiędzy”. Wypycha ich z miasta na skraj cywilizacji, znajdują się w lesie, nad rzeką, na tyle daleko, żeby rozpocząć rytuał przejścia. Widzowie widzą wyłącznie jego środkową część. Mimo wszystko Suwichakornpong daje nadzieję na to, że możliwa jest integracja, a cień przeszłości staje się nie cierniem, a częścią nowej tożsamości.

Reżyserka czasami pozwala sobie na puszczenie oka do klasyków antropologii kultury. Momentem, w którym spuszcza powietrze z tego intelektualnego balona jest aktorska walka kogutów, w której odbija się klasyczny tekst Clifforda Geertza. To faktycznie głęboka gra, obsesyjnie rozgrywana, jednak tocząca się na nieco innej planszy niż arena i krąg mężczyzn obstawiający zwycięzców. Zwierzęcy wątek w pewnym momencie porzuca aktorstwo i nabiera prawdziwie animalnych kształtów. Zwieńczony zostaje zdjęciami z zoo w Bangkoku, co służy Suwichakornpong do refleksji nad symulakrami. W tym świecie we wszystkim przegląda się wojna, zagrody stają się obozami, w fajerwerkach odbijają się echa bombardowań, a pociągi wiozące ludzi zawsze jadą ku śmierci.  

Formie Przyjdźcie tu patronuje Michaił Bachtin, klasyk humanistyki wcale nie tak oczywisty w filmowym kontekście. W duchu dialogiczności obraz mówi językami swoich poprzedników. Tak jak kinowa rzeczywistość pełna jest refleksów wojennej traumy, tak sam film cytuje dzieła innych reżyserów. Twórców bardzo różnych, ale poruszających się po podobnej orbicie co reżyserka. Suwichakornpong pożycza sobie rozwiązania stylistyczne od Kona Ichikawy, Claude’a Lanzmanna czy najbliższego jej Apichatponga Weerasethakula.

Będąc złośliwym można napisać, że Przyjdźcie tu to neomodernistyczna wersja Mostu na rzece Kwai i na pewno coś w tym jest. Autorka Krabi, 2562 proponuje wyjątkowo hermetyczną układankę, która bierze na warsztat stosunkowo rozpoznawalny temat, jednak czyni go maksymalnie nieprzystępnym. Klarowność nie jest jednak zawsze wyznacznikiem jakości, a obcowanie z zagadką również może być satysfakcjonujące. Suwichakornpong stworzyła film dający sporo intelektualnej przyjemności. Zapomniała tylko, że kino potrafi oddziaływać również na innych poziomach.