Podwójne życie Ellie

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Swingujący Londyn był w latach 60. światowym centrum kultury. Brytyjska muzyka i moda inspirują do dziś. Również twórców filmowych. Edgar Wright postanowił zmierzyć się z londyńskim mitem i postarał się nie nakręcić laurki. Ostatniej nocy w Soho mówi o współczesnej recepcji tej dekady, jednak pokazuje również jej mroczną stronę.

Zafascynowana latami 60. Ellie (Thomasin McKenzie) opuszcza swoje miasteczko, żeby studiować w Londynie. Nie bez powodu w tym mieście, w końcu wszystko co dla niej ważne wydarzyło się tam kilkadziesiąt lat temu. Muzyki słucha z winylowych płyt i sama szyje ubrania stylizowane na czasy młodości jej babci. Kiedy dostaje się na wydział projektowania mody szybko zderza się z rzeczywistością. Jej koleżanki z pokoju nie podzielają jej fascynacji i życie z wieloma, niekoniecznie przyjaznymi, ludźmi szybko ją przytłacza. Wynajmuje więc w Soho pokój od starszej pani Collins (Diana Rigg) i kiedy pierwszy raz zasypia w nowym łóżku widzi we śnie Sandy (Anya Taylor-Joy), młodą dziewczynę, która chce zrobić w Londynie wielką karierę. W marzeniu sennym razem odwiedzają kluby, w których początkująca artystka próbuje szczęścia. Ellie z radością zasypia, żeby poznać kolejny fragment tej historii. Szybko bajka zamienia się w koszmar, a wizje przeszłości stają się coraz bardziej agresywne, nie tylko w nocy.

Wright wyraźnie pokazuje powierzchowność współczesnej fascynacji latami 60. Pod kolorowymi strojami, efektownymi fryzurami i do dziś popularną muzyką często kryła się przemoc. Rozumieli to twórcy epoki, boleśnie przekonała się o tym Sandy, ale nie Ellie, która woli słuchać Downtown Petuli Clark niż Gimme Shelter Rolling Stonesów. Jest jednak w tej podwójności czasów ogromny potencjał kinowy. Nałożenie dwóch planów temporalnych na siebie to uczciwsza strategia narracyjna niż typowy film kostiumowy. Nie zwalnia oczywiście z obowiązku trzymania się realiów epoki, jednak otwiera pole na działanie wyobraźni.

Podwójność służy reżyserowi Baby driver do wizualnego wciśnięcia pedału gazu. Do tego stopnia, że nakładanie się rzeczywistości zostało przeprowadzone niekonsekwentnie. Widać, że najistotniejszy jest obraz, a mniej ważne to czy podczas snu Ellie staje się Sandy, czy też tylko ją obserwuje. Ważne, żeby montaż był efektowny, a w lustrach odbijały się twarze obu aktorek. Wrightowi brakuje realizatorskiej precyzji, żeby koncept zlewania się światów w pełni wybrzmiał, jednak nie można odmówić mu umiejętności tworzenia bardzo efektownych scen. Skłonność do widowiskowości widać również w łączeniu gatunków. W Ostatniej nocy w Soho mieszają się film o dojrzewaniu, kino kostiumowe i horror. Ten ostatni oczywiście też w duchu epoki, ponieważ wprost cytowany jest Wstręt Romana Polańskiego.

Jeżeli gdzieś Wright nie daje sobie rady, to w odpowiednim zrytmizowaniu filmu. Początek i finał bez problemu utrzymują uwagę widzów. Środkowa część pozostawia jednak sporo do życzenia. Wydaje się, że zabrakło montażowej odwagi, przez co Ostatniej nocy w Soho momentami się dłuży. Mimo wszystko to jedna z ciekawszych rozrywkowych propozycji tego roku, oparta na inteligentnym koncepcie i zrealizowana z dużym talentem. Miłośnicy popkultury powinni też z przyjemnością rozpoznać nawiązania, nie tylko do utworów z lat 60. Ostatecznie to kino wartościowe, ale daleko mu do wagi ciężkiej.

Zwiastun: