Śmierć i dziewczyna

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Bogdan George Aperti już po raz trzeci pokazuje swój film na Warszawskim Festiwalu Filmowym i po ponad dekadzie od Peryferii zdobywa główną nagrodę. Cud to kino dojrzałe, podejmujące trudny temat, ale przede wszystkim budujące wokół niego inteligentnie zaprojektowaną strukturę narracyjną.

Młoda zakonnica (Ioana Bugarin) wymyka się z klasztoru. Stara się, żeby nikt jej nie zauważył, opuszcza mury zgromadzenia i wsiada do taksówki. Jedzie do szpitala, a podczas podróży musi tłumaczyć się przed taksówkarzem i drugim z pasażerów, lekarzem, nie tylko z powodów wizyty, ale też ze swoich życiowych wyborów. Nowicjuszka nie jest z nimi do końca szczera, opowiada o swoich migrenach, jednak ostatecznie udaje się do gabinetu ginekologicznego. Widzowie mogą się jedynie domyślać dlaczego. Dziewczyna wbrew zaleceniom wraca do klasztoru inną taksówką. Ostatecznie nigdy do niego nie trafia, dochodzi do tragedii, której poświęcona jest druga część. Dziewczyna znika i rolę głównego bohatera przejmuje oficer policji (Emanuel Parvu), który mimo że wie kim jest sprawca musi jeszcze udowodnić jego winę.

Podstawowy problem Cudu polega na tym, że zbytnio zapożycza się u poprzedniego filmu Apertiego. Dzieli mnóstwo elementów z Niezidentyfikowanym. Szczególnie w drugiej części, poświęconej śledztwu, widać inspiracje poprzednim obrazem. Minęło od niego zbyt mało czasu, żeby policyjny motyw nie wydawał się zbyt oczywisty. Tym bardziej, że to dwie produkcje, w których najcenniejszy jest sposób konstrukcji. Niezidentyfikowany opierał się na wrzuceniu widzów w środek intrygi, w której kolejne niewiadome były wyjaśniane. Z kolei Cud wykorzystuje podwójną strukturę, która bardzo wyraźnie dzieli się na wydarzenia przed i po przemocy. W obu filmach po seansie nie sposób nie odnieść wrażenia, że intelektualna warstwa, najmocniej wyrażona w konstrukcji, całkowicie dominuje nad pozostałymi aspektami tych dwóch dzieł.

Pozycja Apertiego jako krytyka rumuńskiej rzeczywistości nie jest oczywista. Po niemal dwudziestu latach spędzonych w Stanach Zjednoczonych cały czas powraca do Rumunii, żeby opowiadać o tamtejszej rzeczywistości. Nie zdobywa się na taką zajadłość i frustrację, którą można wyczuć u Radu Jude, jednak wciąż daleki jest od idealizacji. Ostrze krytyki tym razem skierowane jest w postrzeganie płci. O ile Niezidentyfikowany zajmował się przede wszystkim toksyczną męskością, tak Cud zainteresowany jest przede wszystkim pozycją kobiet. Ta oczywiście definiowana może być tylko przez mężczyzn. Do tego stopnia, że mogą podważać nawet tak tradycyjne wybory, jak związanie się ślubami zakonnymi. Jeden z taksówkarzy jest bratem siostry mieszkającej w klasztorze i odmawia nazywania jej imieniem, które wybrała wchodząc do tej wspólnoty. Drugim poważnie potraktowanym tematem została kwestia religii. Tu Aperti nie jest jednoznaczny, widzi w niej jakiś wyzwalający potencjał, z drugiej strony ustami swoich bohaterów oskarża kościół o działanie wbrew interesowi wiernych, często pokładających zbyt dużą wiarę w instytucji. Cud nie staje się nigdy publicystyczny w taki sposób, w jaki było, zresztą też uruchamiające wątek policyjny, Poppy Field Eugena Jebeleanu traktujące o osobach homoseksualnych.

Reżyser Peryferii nieco przyspieszył z produkcją nowych filmów. To środkowa część trylogii zapoczątkowanej przez Niezidentyfikowanego i chyba z ostateczną oceną trzeba poczekać na jej domknięcie. Cud jest na pewno kinem zrobionym przez inteligentnego twórcę, który został obdarzony niemałym talentem. Jest też niestety filmem mało konkluzywnym, ale wnioski może przyjdą wraz z trzecim obrazem.