Stracone zachody miłości

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Trzeba niemałego tupetu żeby sali pełnej dziennikarzy pokazać produkcję o tym, że każdą recenzję można kupić. Na taką prowokację pozwolili sobie selekcjonerzy festiwalu filmowego w Wenecji włączając do konkursu głównego Illusions perdues Xaviera Giannoli. Ekranizacja Straconych złudzeń Honoriusza Balzaka może być bliska każdemu, kto z pisania uczynił sposób na zarobek, jednak nie przekracza granic kina kostiumowego.

Dla Luciene'a Rubempré poezja jest wszystkim. Jego wiersze są znane tylko nielicznym, jednak w Angouleme ma mecenaskę i kochankę, która zabiera go do Paryża. W stolicy przekonuje się, że na rynku wydawniczym najmniej liczy się jakość literatury. Ważny jest sprzedażowy potencjał i koneksje. Luciene szybko orientuje się, że jako syn człowieka z gminu nie dostanie wsparcia arystokratycznych salonów. Na szczęście Paryż zaczyna żyć nowym rodzajem słowa - prasą bulwarową. Gazetami, które za nic mają prawdę i obiektywizm. Chętnie za to przyjmą pieniądze, żeby swoich dobroczyńców pochwalić, a wrogów postawić pod pręgierzem. Prowincjusz zaczyna budować pozycję w środowisku, które nie oferuje prestiżu, ale daje pieniądze i świeżo odkrytą siłę czwartej władzy.

Stwierdzenie, że obraz dziennikarstwa w Illusions perdues jest mało przychylny to grube niedopowiedzenie. Ocenić, że pracownicy Korsarza i Diabła są hienami, to też zbytnia kurtuazja. Jednocześnie ten balzakowski upadek pozostaje pociągający i to nie tylko dla tych, którzy za wierszówki kupują szampana i haszysz. Bezwzględność aktorów nie umniejsza powadze społecznego teatru, a to opowieść o tym, że słowa są ważne. Teksty budują kariery, pozwalają uzyskać status gwiazdy, albo strącają z piedestału. Tysiące egzemplarzy bulwarówek się sprzedają i nawet jeżeli czytelnicy nie do końca wierzą we wszystko, to jednak czytają. Słowo jest walutą o dużej wartości, która naprawdę wpływa na komedię ludzką.

Wybór powieści Balzaka o nowych (wtedy) mediach tworzy pomost między dziewiętnastym, a dwudziestym pierwszym wiekiem. Giannoli proponuje luźną adaptację skupioną na dwóch pierwszych częściach powieści i wycinającą niektóre wątki. Mimo wszystko to kino kostiumowe bez szaleństw w stylu Baza Luhrmanna. Niestety koturnowość jest tu często zbyt odczuwalna. Tym bardziej, że aktorzy drugoplanowi tworzą mocniejsze kreacje niż ci obsadzeni w głównych rolach. Benjamin Voisin i Vincent Lacoste to coraz głośniejsze nazwiska we francuskim kinie, jednak podobnie jak ich postaci skazani są na porażkę w starciu z takimi weteranami jak Cecile de France, Gerard Depardieu czy Jeanne Balibar.

Cały film przepełniony jest straconymi złudzeniami i zmarnowaną młodością. To ciekawa perspektywa niemal dwieście lat po powieści Balzaka. W końcu tytuły, dziedziczenie i pozycja w towarzystwie nie powinny już mieć takiego znaczenia. Może jednak, idąc tropem Thomasa Piketty'ego, znów mają? Tylko słowa pozbawione zostały wartości. Najlepiej świadczy o tym fakt, że niżej podpisany nie dostał żadnych pieniędzy ani za pochwalenie, ani za obsmarowanie Illusions perdues.