W głąb lisiej nory

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Dainos Lapei w reżyserii Kristijonasa Vildziunasa zabiera widzów w głąb lisiej nory. To film o mężczyźnie, który po śmierci żony niczym Orfeusz idzie za swoją Eurydyką. Nie zstępuje jednak do Hadesu, a w sny. Próbuje poradzić sobie z utratą ukochanej osoby przez świadome śnienie.

Nietypowy sposób na przepracowanie straty wynika z tego, że ukochana Dainiusa (Lukas Malinauskas), Justina (Agnes Cirule), była rzeźbiarką posługującą się niecodzienną techniką. Eksperymentowała z tworzeniem podczas snu. Wykorzystywała elektroniczną opaskę, która pozwalała kontrolować jej to, co widziała. Dainius używa tego narzędzia nie do tworzenia, a do poszukiwania kobiety, którą stracił. Zdaje sobie sprawę, że jej nie przywróci, ale chce wciąż być blisko niej. W ciągu dnia przebywa w jej studio – nowoczesnej kopule położonej niedaleko wiejskiego domu. Konstrukcja i otaczający ją ogród pełne są jej prac. Okolica staje się też cmentarzem, mężczyzna umieszcza urnę z prochami Justiny w położonej niedaleko lisiej norze.

Sny przynoszą Dainiusowi nie tylko krótkotrwałe spotkania z cieniem ukochanej i zderzenia z postaciami z litewskiego folkloru, ale też piosenki. Jest muzykiem, który co prawda zarabia prowadząc agencję kreatywną, jednak żałoba daje mu inspirację do pisania i wykonywania nowych utworów. Widzowie mogą usłyszeć muzykę litewskiego zespołu Šiaurės kryptis, do którego należał Vildziunas. Nie tylko pod tym względem Dainos Lapei to film wypływający z osobistego doświadczenia reżysera. Nie ukrywa on, że jego ambicją było oddanie doświadczenia świadomego snu, z którym od lat eksperymentował. Uzyskanie odpowiedniego efektu audiowizualnego nie było łatwe i do jego osiągnięcia zaangażowano twórców z trzech krajów bałtyckich. Litwa odpowiadała za scenariusz i dźwięk, Łotwa za zdjęcia i scenografię, zaś Estonii przypadły w udziale efekty specjalne. Końcowy efekt jest więcej niż zadowalający. Tym bardziej, jeżeli weźmie się pod uwagę, że to film zrealizowany przede wszystkim na planie. Jak twierdzą producenci 90 procent zdjęć nakręcono w lokacjach: łąkach, lesie i bagnach. Tam też powstała scenografia do kreacyjnych scen snów. Większość zdjęć wykonano w czasie tak zwanej błękitnej godziny co dało korzystniejsze warunki do dodania na późniejszych etapach produkcji cyfrowych efektów.

Wysiłki międzynarodowego zespołu kreatywnego nieco ostudza montaż. Współpracująca z Ablem Ferrarą Dounia Sichov poszła bezpiecznym montażowym środkiem drogi. Cierpi przez to tempo filmu. Dainos Lapei się niekiedy dłuży ze względu na niezdecydowanie. Nie jest to ani powolna narracja, która wprowadzałaby w trans, ani dynamiczne, rozrywkowe kino. Tkwi gdzieś pomiędzy, ani nie budzi, ani nie usypia. Warto jednak obraz Vildziunasa obejrzeć. Przede wszystkim, żeby zobaczyć jaki potencjał tkwi w, często przeoczanych, bałtyckich kinematografiach.

Film prezentowany w ramach Konkursu Głównego 25. Festiwalu Filmowego w Tallinnie