Wymiar niesprawiedliwości

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Sprawa śmierci Grzegorza Przemyka to temat jednego z najgłośniejszych reportaży ostatnich lat. Cezary Łazarewicz wybrał ją, żeby pokazać bezwzględny system państwowy, którego głównym celem jest obrona samego siebie. Jan P. Matuszyński w Żeby nie było śladów też idzie tym tropem, jednak uwalnia tragedię z więzów słowa, dając jej i ciało i głos.

Podstawową wartością reportażu Łazarewicza było odejście od typowej konwencji literackiej na rzecz opisania mechanizmu systemowej niesprawiedliwości. Jurek, świadek pobicia Przemyka, jest tylko jednym z pionków na dużo większej planszy i to przecież nie najważniejszym. Scenariusz Kai Krawczyk-Wnuk próbuje to odtwarzać, ale remediacja przesuwa go z powrotem w kierunku bardziej konwencjonalnego opowiadania. Głównym bohaterem nie jest już państwowa struktura, a Jurek. Na pierwszy plan wysunięte zostały dwa dramaty rodzinne. Pierwszym jest rozpad rodziny Popielów, którym służby starają się możliwie utrudnić życie, aby ich syn zmienił zeznania. Drugi to tragedia Barbary Sadowskiej, rozpaczającej po stracie dziecka. Oczywiście widzowie nie raz zobaczą Czesława Kiszczaka, prokuratorów i pracowników Służby Bezpieczeństwa, ale tym razem są ucieleśnieni. Na ekranie nie mogą ich reprezentować dokumenty, muszą w nich wcielić się aktorzy.

Podobnie jak w Ostatniej rodzinie Matuszyński udowadnia, że potrafi doskonale poprowadzić aktorów. Grający Jurka Tomasz Ziętek miał chyba najłatwiejsze zadanie. To bohater najbardziej przezroczysty, pozwalający widzom na identyfikację. Dużo ciekawsza jest rola Barbary Sadowskiej w wykonaniu Sandry Korzeniak. Ta znakomita artystka teatralna w końcu dostała filmową rolę na miarę swojego talentu. Intrygujące kreacje aktorskie zaprezentowały Aleksandra Konieczna jako prokuratorka, a zarazem ucieleśnienie czystego zła i Agnieszka Grochowska w roli matki Jurka. Zawodzi tylko drugi i trzeci plan. Robert Więckiewicz jako Kiszczak jest zadziwiająco mechaniczny, a ekranowy Wojciech Jaruzelski to karykatura karykatury. Mimo wszystko Matuszyńskiemu udało się zgromadzić coś na kształt polskiej kadry narodowej w aktorstwie i na pewno gra lepiej niż ta piłkarska.

Żeby nie było śladów imponuje odtworzeniem  ponurej atmosfery lat 80. Wszystko jest tu brzydkie: okropne swetry, wąsy, krzykliwe makijaże, futra, meble. W odróżnieniu od wielu polskich filmów rozgrywających się w przeszłości aktorzy nie poruszają się po dwóch ulicach i podobnie niewielkiej liczby wnętrz. Przywołanie Warszawy sprzed blisko czterdziestu lat to osiągnięcie samo w sobie. Tym większe, że lwia część akcji rozgrywa się w samym centrum miasta, które przez ostatnie dekady bardzo mocno się zmieniło. Scenograf Paweł Jarzębski zrobił wszystko, co w jego mocy, aby zbliżyć się do tamtych czasów, widoczne są nawet takie szczegóły jak plakaty filmów, które miały premierę w 1983 roku. Iluzja ma jednak budżetowe ograniczenia i została zbudowana nie tylko kostiumami i scenografią, ale też głębią ostrości. Tła są rozmyte, żeby pod żadnym pozorem nie przedostały się obiekty bliższe współczesności. Na szczęście praca operatorska Kacpra Fertacza (Hardkor disko, Ostatnia rodzina) jest na tyle ciekawa, że ten tani zabieg nie jest odczuwalny. Chłodna paleta kolorów i ziarniste zdjęcia nadają filmowi charakteru i oddalają go od popularnych w ostatnich latach biopiców.

Matuszyński eksploruje również wątek, który co prawda był obecny w książce Łazarkiewicza, ale na ekranie staje się bardziej widoczny. Żeby nie było śladów to nie tylko film o samoobronie aparatu siłowego. To także historia o tworzeniu bohatera. Dziennikarz BBC przekazuje wiadomość o śmierci Przemyka za granicę, po kraju rozchodzi się solidarnościowymi kanałami, a Barbara Sadowska gładko wchodzi w rolę Madonny. Komplikuje to wydawałoby się jednoznaczny przekaz filmu. Nie chodzi w nim tylko o to, żeby potępić państwowy przemysł przemocy, ale też o to, aby zastanowić się do czego są nam potrzebni męczennicy.