Umarł Bond, niech żyje Bond

Data:
Ocena recenzenta: 8/10

Nowy Bond jest efektem zderzenia konwencji mitycznej – uświęconej przez Boga i miliony widzów – z reżyserem (Sam Mendes) specjalizującym się w odczarowywaniu świata i ukazywaniu jego dramatu. W wyniku tego zderzenia powstał film o Bondzie, który ma tyle wspólnego z wcześniejszymi jego wersjami, co film „Wstyd” z filmami porno. Niby mowa jest o tym samym, co w poprzednich wersjach Bonda, a narracja podobna. Jednak emocje, motywacje, przesłanie, akcenty zostały zmienione na tyle dogłębnie, że możemy posądzić Mendesa o dokonanie reformacji w religii, w której Bond jest Bogiem.

Konwencja Bondowska, aż do Casino Royal, był obwarowaną twierdzą, w której kolejne wcielenia Bonda zamieszkiwały. Casino Royal dokonał w niej drobnego lifting, ograniczonego jednak tylko do kilku cegiełek budowli. W Skyfallu dokonana została całkowita przebudowa konwencji, a można się nawet pokusić o stwierdzenie, że gmach konwencji został spalony i zbudowany na nowo, pozostawiając jedynie klika ornamentów z przeszłości.
Już pierwszą scenę, w której Bond ginie zastrzelony przez koleżankę, można odczytać nie tylko jako element fabularny, ale właśnie symbolicznie – jako śmierć starego Bonda i narodziny nowego.
Fabuła filmu zawiązuje się na terytorium Turcji. Bond ściga mężczyznę, który skradł listę agentów MI6 działających pod przykrywką i rozpracowujących najgroźniejsze grupy terrorystyczne. W trakcie bojki odbywającej się na dachu pociągu Bond zostaje postrzelony. Nie przez wrogów Imperium Brytyjskiego, ale przez koleżankę, która wykonywała rozkaz wydany przez M – szefową wywiadu brytyjskiego. Bondowi udaje się ocaleć, jednak czuje się zdradzony. Postanawia zaszyć swoje złamane przez Wielka Brytanię serce zaszywając się na jakiejś tropikalnej wyspie. Tymczasem Albion, MI6 i personalnie M są wirtualnie atakowani przez cyberterrorystę. Oprócz klasycznych terrorystycznych narzędzi działania, takich jak wysadzanie budynków rządowych, wykorzystuje on także nowe media – na you tubie co tydzień publikowane jest pięć nazwisk agentów ze skradzionej w Turcji listy. Dodatkowo, presji psychologicznej zostaje poddana kierowniczka wywiadu wojskowego – M –dowiaduje się, że to ona jest przyczyną działań terrorystów, i że kolejne zamykane wieko trumny, w której spoczywa ciało brytyjskiego urzędnika lub agenta, to jej wina.
Brytania jest „bombardowana”, więc Bond wraca. Słaby, cyniczny, wątpiący. Nie ma w nim już pasji, kieruje nim już tylko mocno zakorzeniony obowiązek. Przemierza kilka zakątków świata, zabija kilku przeciwników. I poznaje piękną nieznajomą, która prowadzi go tam, gdzie znajduje się hub problemów przesyłanych do Wielkiej Brytanii. Tam Bond poznaje Silve . Szaleńca, jokera sieci, który ma to, czego brakuje Bondowi – Silva głęboko wierz w swoją misję i odczuwa głęboko radość z jej realizacji. Silva jest na swój sposób uprzejmy, wręcz braterski wobec Bonda - próbuje zrobić mu pranie mózgu, ujawnia swoje motywacje, objaśnia Bondowi geopolityczną i moralna mapę świata. Jest wcieleniem słów Jokera z „Mrocznego Rycerza”: wszystko, co Cie nie zabije, uczyni Cie dziwniejszym. Bond jednak nadal trwa w psychozie, nadal wierny jest obowiązkom, które nałożyła na niego Anglia. Rozpoczyna się walka dwóch freaków.

By nie odebrać przyjemności z oglądania filmu, na tym skończę omawianie fabuły Skyfalla i przejdę do próby jej odczytania i wyznaczenia linii zerwania miedzy starym a nowym Bondem.
Opowiadanie Skyfall zostało zainfekowany przez groźny wirus relatywizmu moralnego. Widz czuje się jak gracz na giełdzie – nie wie w którego bohatera zainwestować swoje emocje, z którym się utożsamić. Dotychczas, filmy o Bondzie w tym obszarze były bardzo jednoznaczne. Imperatyw moralny był po stronie Jamesa, zaś czarny bohater był wcieleniem szatana, diabłem, który chce zawładnąć światem. W Skyfallu, wróg Bonda nie czerpie przyjemności na myśl o posiadaniu władzy, nie dostaje orgazmu, gdy zabija, nie upaja się śmiercią. Jest raczej jeźdźcem apokalipsy, który przynosi zapłatę za grzechy. Bond i Silva nie walczą ze sobą tylko fizycznie, ale i ideologicznie – o to, kto ma moralną słuszność.
Dodatkowo, Bond utracił swój mistycyzm; nie jest już rycerzem, a MI6 zakonem świętych i prawych. Bond jest po prostu pracownikiem korporacji państwowej MI6, która ukrywa machiawelizm pod orderami Św. Jerzego. W jej działaniu nie chodzi o prawość i ład moralny. Jak mówi sama M. – tu nie chodzi o godność, ale by zadanie było wykonane. Sam Mendes robi z MI6 to samo, co z amerykańska rodziną z klasy średniej mieszkającą na przedmieściach w filmie American Beauty – odziera ją z mitów, ukazując jej dramat.
Skyfall jest tez pesymistyczny w swoich przesłaniu dotyczącym zachodniego świata. Wcześniejsze wersje Bonda malowały mapę świata, na której zachód wypełniony był wolnością i radością, a jego przeciwnicy rządzą władzy i ujednolicenia poddanych. Tym razem zachód malowany jest szarą farbą- Londyn jest miastem apatycznym, w którym ciągle pada. Za to Azja kipi werwą, wypełniają ja kolory energii i działania. Nad Londynem są ciemne chmury, gdy niebo Azji rozświetlają fajerwerki. Zachód przestał wierzyć w siebie, w swoje wartości, zgnuśniał.
I tu pojawia się wątek przewodni tego filmu – powrót do starych wartości, moralny vintage. W ustach Bonda i jego popleczników ciągle padają słowa o tym, że stare metody czasem są najlepsze, że są staromodni, że lubią Old School. Zachód jest słaby, bo przestał wierzyć w swoje stare wartości. By znów być panem świata, zachód musi się nawrócić i wrócić do korzeni – do domu rodzinnego tradycji.
Tylko, czy ktoś jeszcze uwierzy w zachód i jego wartości, gdy ujrzy w nowym Bondzie to, co kryje się pod tymi wartościami?
P.S. Ja nie miałem problemów z Danielem Craigiem, i uważałem, że dobrze się wpisał w postać Bonda. A nawet miałem go za dobrego aktora, ale gdy stanął przy nim Javier Bardem… no, on ukradł mu ten film.

Zwiastun: