Przy(o)powieść o zwyczajnej miłości

Data:
Ocena recenzenta: 8/10
Artykuł zawiera spoilery!

„Once upon a time…” zeszli się, raz i drugi, Dziewczyna z odkurzaczem i Facet z gitarą. Oboje po przejściach i z przeszłością. Irlandzki uliczny muzyk i czeska emigrantka sprzedająca kwiaty i sprzątająca domy. Prostota fabularna składa się na skromną, kameralną opowieść o dwójce bezimiennych outsiderów, jednak pozbawioną banałów i przewidywalnych rozwiązań. Film, zgrabnie ubrany w ryzykowną konwencję komedii romantycznej (w tym przypadku wykraczającą jednak, daleko poza dobrze znane reguły gatunku) staje się współczesną parabolą o prawdopodobieństwie miłości.


Punktem wyjścia dla opowiadanej historii jest spotkanie dwojga ludzi zafascynowanych muzyką, pochodzących z różnych krajów, mówiących różnymi językami. Multikulturowość miasta, odmienność bohaterów nabiera głębszego znaczenia w kontekście postępującej globalizacji i nieuchronnego procesu migracji. Staje się zjawiskiem powszechnym w kurczącym się świecie. Oboje, pomimo różnego pochodzenia prezentują jednak podobny system wartości, jak rodzina i dom. Stąd też wspólna płaszczyzna porozumienia. On, po śmierci matki został w domu, aby wspierać osamotnionego ojca (mistrzowska miniatura portretowa starszego pana, Irlandczyka z zasadami, szanującego pracę i pieniądze). Jednocześnie ojciec jest tu uosobieniem starego porządku świata, który przemija. Ona z kolei przyjechała do Irlandii z córeczką i z matką w poszukiwaniu „lepszego życia” - dobrze nam znana z własnego podwórka emigracja zarobkowa. I tylko taty tutaj brak (został w Pradze) i może to właśnie tłumaczy, dlaczego tych dwoje ostatecznie się nie zejdzie. Przedstawiając mu swoją rodzinę Dziewczyna mówi, że nie pozwoli, aby jej córka wychowywała się bez ojca. W pierwszej chwili zepsuci „romantycznymi” banałami komercyjnych produkcji pozostajemy z lekkim uczuciem niedosytu i zaskoczenia wywołanym odmiennym od przewidywanego zakończeniem. Nie ma tu klasycznego hollywoodzkiego happy endu, do którego jesteśmy przyzwyczajeni oglądając filmy tego rodzaju. Ale nawet jeżeli bohaterowie rozchodzą się po wspólnych nagraniach, to przeżyta znajomość okazuje się pozytywnym impulsem i inspiracją dla obojga. I na tym polega cały pozytywny ładunek energetyczny, o którym mówił Spielberg po obejrzeniu filmu.

Kolejnym miejscem wspólnym bohaterów, opócz rodziny okazuje się muzyka. Film jest luźną wariacją na temat musicalu, pewną mutacją gatunku, jednak z „realistyczną, współczesną historią miłosną w centrum”, jak tłumaczy swój pomysł John Carney, reżyser. Muzyka staje się tutaj trzecim bohaterem, pełniącym jednocześnie funkcję narratora; mężczyzna opowiada o byłej dziewczynie, improwizując na gitarze, bo nie potrafi inaczej wyrazić swoich emocji.
Poza tym obrazuje ona częsty asynchron między światem wewnętrznym bohatera a rzeczywistością. Wieczorem po skończonym „dniu pracy” Chłopak wykonuje z koncertową brawurą swoją autorską piosenkę na pustej ulicy. Dziewczyna pyta go, dlaczego nigdy nie śpiewa jej w ciągu dnia. Bo ludzie chcą usłyszeć coś dobrze im znanego, a nie utwór ulicznego wykonawcy, pada w odpowiedzi. Następnie kamera pokazuje bohatera w ciągu dnia, pośród tłumu przechodniów, ale kontekst tej rozmowy, pozwala domyślać się, że śpiewa chwytliwe kawałki, „pod publikę” a nie swoje ekspresyjne „Say it to me now”, które ciągle słychać z off-u, rozbrzmiewające jeszcze z poprzedniej sceny.
Dodatkowym walorem filmu jest fakt, że w głównych rolach wystąpili Marketa Irglova i Glen Hansard; dwójka przyjaciół-muzyków, którzy znają się prywatnie, nagrali wspólną płytę i którzy tak naprawdę grają siebie (Hansard sam zarabiał jako uliczny muzyk). Role zostały, więc uszyte „na miarę”, a aktorzy stworzyli naprawdę wiarygodne kreacje. Naturalność i prawdopodobieństwo historii reżyser podkreśla dodatkowo specyficzną narracją. Kamera poprowadzona została „z ręki”. W ten sposób imituje ona niejako „nasz” sposób postrzegania rzeczywistości. Carney z ogromnym wyczuciem środka wyrazu wykorzystuje to, odwołując się do psychologii projekcji – identyfikacji, zwłaszcza w scenie pierwszego spotkania bohaterów. Najpierw widzimy Chłopaka w ogólnym planie, stojącego po drugiej stronie ulicy. Po chwili kamera, czyli widz, zaczyna „podchodzić” do bohatera. Nagle jednak okazuje się, że rejestrowany obraz jest jednocześnie obrazem widzianym oczyma Dziewczyny, a więc jej widzenie świata staje się naszym i na odwrót. Tym sposobem reżyser zaciera granice między ekranem a rzeczywistością. Bohaterowie są jednymi z nas i my możemy być nimi. Takie zespolenie raczej nie pojawia się w trakcie oglądania „importu” z Hollywood, czy nawet rodzimych produkcji, bo postacie wziętych prawników i przebojowych bussines woman są zbyt odległe, a designerskie apartamenty po prostu wieją chłodem. Reakcją na papierowych bohaterów i fabułę oderwaną od rzeczywistości jest frustracja „nieosiągalnym”, pokryta cyniczną deklaracją, że „prawdziwa miłość nie istnieje”. Siłę filmu stanowi przesłanie, że jest dokładnie odwrotnie. Mały, kameralny obraz Irlandczyka hipnotyzuje widza na półtorej godziny, który po wyjściu z kina i powrocie do własnego ja ze zdziwioną satysfakcją stwierdza: tak, co całkiem możliwe. Takie uczucie może kiedyś spotkać również i mnie. Kluczem do powodzenia filmu (nagroda na Festiwalu Sundance) jest właśnie „magiczny realizm” i ludzki wymiar opowiadanej historii. Nie przeszkadza bynajmniej pominięcie szczegółów topograficznych i imion bohaterów, które okazują się zbędne dla fabuły. W napisach końcowych podpisani są jedynie jako Dziewczyna i Facet. Celowa umowność miejsca i postaci, obietnica tytułu oraz ciepło emanujące z każdej sceny sprawia, że „Once” zyskuje wymiar uniwersalnej filmowej przypowieści o dwojgu everyone`ów, których historia może się kiedyś przytrafić każdemu z nas, niezależnie od czasu i miejsca, w którym się znajdziemy.

Zwiastun:

@saRRRba Jak dodasz "Once" w czasie edycji jako "Film w tym artykule" (tak samo jak dodałaś ludzi), to link do artykułu będzie widoczny w zakładce filmu i łatwiej będzie dotrzeć do niego komuś zainteresowanemu. A tak to zaginie...

Dodaj komentarz