Przykrość

Data:


Przykro mi. Po raz kolejny jest mi przykro, że polskie kino ma problem ze spełnieniem ambicji do bycia kinem środka. Okazuje się że artystyczne zacięcie i sympatia ze strony widzów w odniesieniu do jednego filmu, jest niemożliwa. Różyczka Jana Kidawy Błońskiego, rości sobie jednak prawo do bycia wyśmienitym kinem środka. Nie było by w tym nic złego, gdyby tylko roszczenia te miały pokrycie w genialnej filmowej produkcji, a po raz kolejny z przykrością stwierdzam że nie mają.
Historia całkiem nośna. Oto fatalny trójkąt miłosny, dojrzały mentor – Andrzej Seweryn, brutalny zwierz – Robert Więckiewicz, a między nimi niewinna grzesznica – Magdalena Boczarska. Zwerbowana przez SB dziewczyna donosi na swojego mentora do mężczyzny, który bądź co bądź traktuje ją w sposób raczej przedmiotowy Ona zakochuje się w Figurancie, brutal przeżywa dramat i porażkę wszystko w melodramatycznym sztafażu z polityką w tle. Zdaje sobie sprawę z ignoranckiego uproszczenia jakiego użyłam w tym minimalnym opisie, ale czuje że nie sposób odnieść się do tego filmu inaczej niż stereotypowo. Nie wiem na ile zamierzonym a na ile zwyczajnie nieudanym efektem były tak marne kostiumy i charakteryzacja bohaterów. Wszyscy wyglądali jak przebrani, żadna z kreacji nie wypadła wiarygodnie. I o ile jeszcze jestem w stanie podejrzewać Andrzeja Seweryna o nieco ironiczne i zdystansowanie nastawienie do własnego bohatera ( przez co postać jest przerysowana), o tyle wiem że Robert Więckiewicz jest postacią „tak na serio” jak nieudolny fotomontaż w jego sbeckim gabinecie, przedstawiający go w roli gwiazdy boksu. Boczarska przez trzy czwarte filmu paraduje w stroju Ewy, i nie żebym miała jej to za złe, to piękna kobieta a taka ilość scen rozbieranych to dla aktorki wielkie wyzwanie, ale po którejś z kolei schematycznej rozbierance po prostu nie cieszy nawet oka. Jest w tym filmie jakiś błąd, który nie pozwala mu wyjść poza schematy. Przewidywalność jest w tym przypadku złą cechą, irytuje i pomimo nawet kilka błyskotliwych rozwiązań fabularnych ( jak denuncjacja Różyczki w oczach figuranta czy narodowość esbeka, która co prawda jest sugerowana od początku ale dość niespodziewana) filmu nie ratuje. Widać w Różyczce próbę poruszenia nie tylko kwestii moralnych rozliczeń z PRLem ale także rozdarcia uczuciowego i poszukiwania miłości, wszystko jednak w wybitnie nieszczęśliwej formie, w której jak powiedział jeden z moich kolegów „splecione dłonie jako symbol starczej miłości są przejawem tego że patos do reszty zjada polskie kino”.

Zwiastun: