Piękna i Bestia

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Doczekałam się wreszcie nowej ekranizacji baśni „Piękna i bestia”. Disnejowska wersja jest oczywiście bliska memu sercu, jednakże wypatrywałam z utęsknieniem nowoczesnej, filmowej odsłony; bez wariacji, udziwnień i bazowania na czymś, a po prostu baśni w swej pełnej krasie. No i mam. Jakby w bonusie za produkcję wzięło się nie Hollywood, a Francja, z której to „Piękna i bestia” się wywodzi. Czy można chcieć czegoś więcej? A no okazuje się, że można, bo filmowcy z kraju winem i pleśniowym serem płynącego nie dość, że wyłożyli na obraz sporą sumkę, to jeszcze zatrudnili aktorów pierwszej klasy – Léę Seydoux i Vincenta Cassela – oraz reżysera pierwszej części „Silent Hill”, któremu co jak co, ale klimatu odmówić nie można – Christophe’a Gansa.

Początek XVIII wieku. Belle (Léa Seydoux) wraz z ojcem (André Dussollier) i pięciorgiem rodzeństwa zmuszona jest przeprowadzić się z miasta na wieś. Jako jedyna przyjmuje tę nowinę spokojnie. Wkrótce okazuje się, że przeprowadzka nie była konieczna. Powrót do miasta, zwłaszcza według starszych córek, odbyć się musi jednak w pełnej glorii blasku i chwały – w nowych sukniach i biżuterii. Ojciec obiecuje, że spełni zachcianki wszystkich dzieci. Tymczasem Belle prosi tylko o różę. W drodze powrotnej głowa rodziny błądzi i trafia do tajemniczego zamku. Na stole czeka na niego strawa, przed wejściem rączy rumak, a nieopodal – skrzynie załadowane damskimi bibelotami i pięknymi sukniami. Ojciec, chociaż jest wdzięczny, nie chce zawieść najmłodszej z córek. Udaje się do ogrodu tajemniczego zamku i zrywa jedną z róż. Wtedy też irytuje Bestię (Vincent Cassel). „Życie za różę” – mówi potworny władca włości i każe pożegnać się z rodziną i powrócić do siebie, bo w innym razie uśmierci całą rodzinę wędrowca. Jednak Belle nie chce być przyczynkiem odejścia ojca. Wsiada na rumaka i dobrowolnie oddaje się w ręce Bestii. Ale to dopiero początek historii. Największe tajemnice i emocje dopiero nadejdą. A może Bestia nie jest wcale taka straszna?

 la-belle-et-la-bete-photo-52cc3885ca027

Pierwsze minuty filmu obiecują powrót do źródeł historii, do wersji, którą ja osobiście pamiętam z dzieciństwa. To również swego rodzaju popis wizualny, chociaż akurat aspekt estetyczny trzyma wysoki poziom przez cały czas trwania produkcji. Inaczej jest jednak, jeżeli chodzi o fabułę. Początkowa wierność baśniowemu pierwowzorowi z każdą chwilą zdaje się zacierać na rzecz onirycznej wizji scenarzysty. Byłoby to całkiem interesujące i godne pochwały, gdyby jednocześnie nie zginęła cała idea kontrastowych charakterów postaci i ewidentnego błędu, a w następstwie kary, Bestii. Tymczasem rodzi się pytanie, czy Bestia kiedykolwiek była bestią? I czy faktycznie zasłużyła na swój los? Baśń traci pierwotną wymowę i tak naprawdę żadnej nie zyskuje w zamian, co próbuje się zamaskować, wspomnianym już, utopieniem kasy w sferze wizualnej.

Bestia jest może nieco porywcza i agresywna, ale raczej wobec przedmiotów niż ludzi. Dużo gada, ale niewiele robi. Bardzo szybko staje się emocjonalna. Jasne – jest włochata, wielka i groźna, ale w czerwonym, eleganckim kubraczku przypomina raczej dobrotliwego Aslana z „Opowieści z Narni” niż wrednego Skazę z „Króla lwa”. Zwłaszcza że sam Vincent Cassel może się pochwalić „drapieżną” urodą. Z kolei Belle, która początkowo zgrywa skromną, nieśmiałą i uległą z każdą chwilą zaczyna zbliżać się ku pozycji dominy. To ona ustala zasady i wodzi Bestię za nos. Miejsce jej aseksualnych, beżowych fatałaszków szybko zajmują wytworne kreacje w intensywnych kolorach. I sama Belle staje się intensywna. Z szarej posługaczki przeistacza się w femme fatale. I gdzie tu to skrywane w baśni drugie dno o powolnym dojrzewaniu do seksualnej inicjacji? Jeżeli postać Léi Seydoux do czegoś dojrzewa, to chyba do zabawy w sado-maso. Ale może to i dobrze? Bo to nagła przemiana Belle to najjaśniejszy punkt produkcji.

 la-belle-et-la-bete-12-02-2014-57-g

Owego drugiego dna należałoby szukać chyba w części onirycznej filmu, gdy bohaterka w sennych marach dopada lustra przeszłości. I nagle jest sobą i nie jest. A nawet istnieje w trzech wymiarach – tej śpiącej i niewinnej; podglądaczki oraz wcielonej w kobietę, która owe doświadczenia (miłość, ale zarówno duchowa, jak i cielesna) ma już za sobą. Każdy sen to kolejny krok. Być może te kroki, to zwrócenie się ku pierwotnemu przesłaniu baśni, temu o dojrzewaniu. Pozostaje tylko maleńki szkopuł – w relacji Piękna kontra Bestia nie widać seksualnego czy emocjonalnego napięcia. Ostateczne wyznanie Belle wydaje się nawet sztuczne, nieprawdziwe i nie na miejscu. Jest raczej tak jakby dziewczyna z niewinnego kwiatu przemieniła się w drapieżną rosiczkę, a mężczyzna pozostał muchą zdaną na jej łaskę lub niełaskę.

To wszystko opakowane jest w najpiękniejszy papier prezentowy, jaki dany mi było w ostatnim czasie oglądać. Nie ma w wizualnej stronie przerysowania i surrealistycznych wizji, ale nie ma również dążenia do odwzorowania rzeczywistości. Jest baśniowo, tajemniczo i nieco eterycznie. Wszystko zdaje się trwać w trybie nienamacalnym i iluzorycznym. Idealne oddanie ducha każdej z najpiękniejszych baśni świata. Nawet kostiumy to majstersztyk.

Sfera muzyczna nie jest może najbogatsza, jednakże istniejące kompozycje doskonale wpisują się w konwencję. Jest romantycznie, melancholijnie i tajemniczo. Bardziej wrażliwi z pewnością uronią łzę albo nawet dwie. Ja z kolei będę po prostu do tych melodii wracała.

Chociaż zachwyciłam się wizualną stroną „Pięknej i Bestii” i oglądałam całość z zapartym tchem, to pozostał we mnie niedosyt spowodowany scenariuszowymi brakami. Akcja potoczyła się być może za szybko, nie pozostawiając miejsca na stopniowe przemiany i rodzące się uczucia, a w ich miejscu umieszczając nagłe transformacje i przeświadczenie o emocjonalnej jasności. Zabrakło napięcia między aktorami i współpracy. Braki rekompensuje jednak klimat, pozostawiając „Piękną i Bestię” godną uwagi i polecenia.

Zwiastun: