Dobre, ale nic nowego.

Data:
Ocena recenzenta: 7/10
Artykuł zawiera spoilery!

George Clooney lubi podglądać politykę z wysokości reżyserskiego stołka. Niemal wszystkie jego poprzednie filmy ocierały się o tą tematykę i były ciepło przyjmowane przez krytyków. Najnowszy obraz popularnego poniekąd aktora trzyma poziom i pokazuje nam wyborczą kampanię od kuchni, a zarazem prawdziwą, gorzką twarz politycznego świata.

Stephen Myers jest młodym specjalistą ds. PR i budowy wizerunku. Pracuje przy kampanii wyborczej gubernatora Mike'a Morrisa, który walczy o tytuł kandydata na prezydenta USA z ramienia demokratów. Z jednej strony Stephen pragnie piąć się po szczeblach kariery i budować swoją pozycję w branży, z drugiej jednak nie jest jednak klasycznym japiszonem, gdyż naprawdę wierzy w ideały głoszone przez swojego kandydata i w pełni się z nimi identyfikuje.

Tryb życia kampanii wyznaczają kolejne prawybory w poszczególnych amerykańskich stanach. Decydujące starcie ma miejsce w Ohio, gdzie dwoje kandydatów walczy o poparcie kluczowych elektorów, którzy wskażą kandydata w walce o Gabinet Owalny (system wyborczy w USA jest inny, niż w Polsce). Walka o ich głosy to nie tylko starania o społeczne poparcie, ale także zwyczajny handel stanowiskami w Białym Domu. Stephen i jego mentor Paul muszą się nieźle nagimnastykować, aby znaleźć kompromis pomiędzy zaspokojeniem chciwości wpływowych kongresmenów (którzy pociągają za sobą elektorów), a niechętnym do rozdawania przywilejów gubernatorem. Konkurencja oczywiście nie śpi i zespół PR-owców konkurenta czyha na każdy najmniejszy błąd ekipy Morrisa. A taki właśnie popełnia Stephen spotykając się z szefem zespołu rywala Tomem Duffy, w efekcie czego zostaje wplątany w grę, której stawką stanie się jego być albo nie być w branży. Facet ma jednak jeszcze jednego asa w rękawie. Po romansie ze stażystką z biura Morrisa wszedł w posiadanie informacji, które zdecydowanie zmieniają układ sił w tej rozgrywce.

Clooney chciał pokazać tym filmem brutalny świat polityki, którego pewnie spora część społeczeństwa nie jest świadoma, opierając się na obrazkach z telewizji, gdzie rządzący światem zazwyczaj są uśmiechnięci, pogodni i szlachetni. My oglądamy niestety bezwzględną, acz prawdziwą kampanię, która polega de facto na walce o wpływy i władzę w myśl nieśmiertelnej zasady po trupach do celu. Obietnice wyborcze? Kto by się nimi przejmował na tym etapie. To tylko slogany wypowiadane na podstawie analizy potrzeb ludzi w danym państwie, czy rejonie. To spece od PR kreują wizerunek polityka i dbają, by powiedział to, co powinien. Rola gubernatora w tym filmie ogranicza się tak naprawdę do roli aktora, który ma dobrze wypaść przed tłumem, podczas gdy prawdziwą, merytoryczną robotę wykonuje za niego sztab ludzi.

Stephen jako młody idealista zostaje szybko sprowadzony na ziemię i wciągnięty w bagno polityki. Gdy sam otrzymuje potężny cios od ludzi, którym dotychczas bezgranicznie ufał, których miał za swoich nauczycieli, nie waha się wykorzystać tych samych metod przeciwko nim. Wciągnięty w swoisty moralny hazard staje przed pozornie trudnym wyborem. On nie ma już jednak większych wątpliwości, gdyż po pierwszym uderzeniu szybko traci uprzednie złudzenia i dostosowuje się do twardych reguł gry. Dodatkowo do działania pcha go poczucie winy po tragedii, której może czuć się współtwórcą. Czy robi słusznie? Z etycznego punktu widzenia oczywiście nie. Ale przecież to polityka, gdzie etyka to tylko kolejne słowo, które można sprzedać wyborcom w odpowiednim czasie i z odpowiednią otoczką.

Idy Marcowe mają dwie mocne strony - aktorstwo i narrację. Gosling gra naprawdę świetnie i nie bez powodu jest o nim ostatnimi czasy głośno. Klasę trzyma Clooney, ale i tak najbardziej urzeka drugi plan z Philipem Seymour Hoffmanem i Paulem Giamattim na czele, którzy znakomicie sprawdzają się jako szefowie sztabów wyborczych obu kandydatów. Akcja filmu rozwija się znakomicie, nie ma przestojów ani zwolnienia tempa. Nie ma obawy, że spojrzymy na zegarek podczas seansu.

Jaki zarzut można postawić Idom? A taki, że w sumie Clooney nie opowiedział niczego nowego. Jak wspomniałem wcześniej spora część społeczeństwa nie jest świadoma, jak wygląda polityka, ale pewnie ta część i tak tego filmu nie obejrzy. Chyba każdy człowiek, którego chociaż odrobinę interesują losy otaczającego go świata wie, że polityka wygląda zazwyczaj tak, jak w tym filmie. Nie walka o lepsze jutro i zmianę świata, ale rywalizacja o wpływy i władzę zajmują politykom większość ich czasu. Kwestia tylko, czy uda im się nie ubabrać w gównie powyżej kostek. Smutne to, ale naiwny ten, kto wierzy, że jest inaczej.

Idy Marcowe to dobre kino, które ogląda się z prawdziwą przyjemnością. Nie oczekujcie jednak, że wniesie on do Waszego obrazu świata coś zupełnie nowego. No chyba, że ostatnie 20 lat spędziliście w totalnej izolacji, gdzieś w bieszczadzkich lasach. Wtedy możecie jednak zapragnąć tam wrócić.

Tą i wiele innych recenzji znajdziesz na blogu Bez Popcornu.

www.bezpopcornu.wordpress.com

Zwiastun:

Mam podobną opinie do Twojej, tylko trochę ostrzejszą. Mam wrażenie, że Clooney o świecie polityki wie tyle, co Freud na początku swojej kariery o podświadomości. Wie,że coś takiego istnieje, ale nie bardzo wie jakimi mechanizmami się rządzi.
Obraz kuchni politycznej pokazany w "Idach marcowych" jest banalny, a nawet nieprawdziwy. Bohaterowie, którzy walczą o najwyższą stawkę, dopuszczają się raczej psikusów moralnych niż jakiś barbarzyńskich czynów. Kogoś tam zwolnią, kogoś wrzucą na listę wyborczą. To w serialu Glee nauczyciele robią większe przekręty byleby tylko dostać dodatkowe 500$ na swój chórek albo klub sportowy. Poza tym brakowało mi tam pokazania jak tworzy się wizerunek, pracy z sondażami, wymyślania konceptów, tej intelektualnej strony manipulacji masami.
No i dramaturgia. Nie potrafiłem wejść w dusze bohaterów bo ich reakcje wydawał mi się przesadzone. Jakieś spotkanie dwóch ludzi, którzy prowadzą luźna gadkę o polityce jest materiałem dla "Timesa" i prowadzi do złamania kariery. Strasznie to niewiarygodne.
Ja nie zauważyłem w Stephenie idealizmu, od razu wydaje się raczej cyniczny. Pierwsze ujęcie, kiedy bez zaangażowania mówi o konstytucji a później pogwizduje, jasno określa jego profil jako faceta bez właściwości moralnych.
Dla mnie "Idy marcowe" to słaba historia, nic nie wnosząca, w której bohaterowie dobrze grają nieprzekonujące role.

@rycerzXmuzy Abstrahując od faktu, że nie zgadzam się z ani jednym wnioskiem zawartym w tym komentarzu (no cóż, przyjmijmy, że zabawa w oglądanie filmów zakłada możliwość dowolnej interpretacji), bardzo bym chciała wiedzieć, skąd wiesz, jak naprawdę wygląda obraz amerykańskiej kuchni politycznej? Pracowałeś w sztabie wyborczym? Powołujesz się na jakąś wiarygodną książkę, artykuł, wywiad, cokolwiek? Czy tak po prostu intuicja Ci podpowiada, że Clooney się nie zna, a amerykańska polityka wygląda tak, jak Ci się zdaje, że wygląda?

Wystarczy przeczytać jakąkolwiek biografie polityczną czy, tak żeby daleko nie odbiegać, np. książkę "Daleko od miłości"Reszki i Majewskiego,albo obejrzeć "Wszyscy ludzie prezydenta", by zobaczyć, że to co pokazał Clooney jest wierzchołkiem góry zła, ukrytą za uśmiechami polityków.
Po prostu wydaje mi się, że takim tematem jak kampania prezydencka, można było ostrzej zagrać.

Cóż, twórcy filmu odroczyli jego produkcję o parę lat, żeby nie psuć święta po zwycięstwie Obamy. Obama nadal rządzi i jak rozumiem nadal jest lubiany przez establishment, stąd też pewnie relatywnie łagodny wydźwięk filmu.

@rycerzXmuzy Z tym że można było ostrzej zagrać tematem kampanii prezydenckiej zgadzam się w 100 procentach. Ale to że Clooney postanowił tego nie robić, nie znaczy, że się nie zna. Ja założyłam, że wcale nie chodziło mu o politykę, lecz o ludzką naturę i o to, że od czasów słynnych Id marcowych nic się tak naprawdę nie zmieniło.

Dla mnie nawet w tym wątku, natury ludzkiej, film jest za mało odważny. Daje złudny komfort bezpieczeństwa, skoro pokazuje, że człowiek zdolny jest do złego, ale takiego minimalnego, więc nic nam nie grozi.

zgadzam się z Twoją recenzją. Film jest porządny, świetnie zagrany, dobrze się ogląda (jak dla mnie skończył się wręcz za szybko), ale to w sumie nic nowego; plus muszę się zgodzić z opinią spotkaną w jakiejś gazecie, że główny tragiczny zwrot akcji wydaje się mimo wszystko dość naciągany (albo postać/dialogi źle napisane, albo aktorka nie przekonała mnie swoją grą; moje niezrozumienie dla jej czynu dość mnie zaskoczyło, bo
SPOILER SPOILER SPOILER SPOILER
niechciana ciąża jest dla mnie bardziej przerażającym motywem niż jakikolwiek potwór z horroru i byłam sobie w stanie wyobrazić kiepski stan emocjonalny tej postaci)

Dodaj komentarz