Bez tlenu żyć się nie da

Data:
Ocena recenzenta: 9/10

Zacznę może od tego, że absolutnie uwielbiam dobrze zekranizowaną muzykę. Zdarza mi się nawet oglądać teledyski artystów, których w ogóle nie słucham - np. Lady Gagi - żeby tylko popatrzeć na odjechane stroje ("Bad Romance"...), scenerie, szybki montaż. Kocham sekwencje muzyczne w filmach hindi, bo to jest coś, co ta kinematografia opanowała do perfekcji - każdy gest podkreślony piosenką, każda fraza melodii odzwierciedlona specjalnym ujęciem i cudne, zabawnie-olśniewające dekoracje. Lubię dobrze nakręcone spektakle operowe (chociaż to rzadkość) - zwłaszcza ekranizacje "Toski" z tym wspaniale filmowym finałem 1. aktu, kiedy chór modlitwy w kościele jest tylko tłem dla piosenki o zbrodni i pożądaniu. I chciałabym zobaczyć całkowicie wystawny, bezwstydnie kiczowaty musical "Les Miserables" przeniesiony na srebrny ekran: ujmująca i patetyczna historia o biedzie, miłości i rewolucji, z 95% filmu będącymi nieustannym numerem muzycznym.
Dlatego "teledyskowość" "Tlenu" stała się dla mnie zachętą, aby kupić bilet, i wciąż pozostaje jedną z głównych zalet filmu.

Druga zaleta to jego intensywność: czasem bardzo mi się podobają spokojne, subtelne filmy ("Lourdes", "Biała wstążka"), ale lubię też, kiedy film dostarcza wielu wrażeń - byle nie pustych. Od pierwszych scen "Tlenu" miałam dziwne skojarzenia z powieściami Dostojewskiego i opowiadaniami Jerofiejewa, z tym bardzo rosyjskim rodzajem nierozsądnej namiętności, którą Zachód lubi zabawnie określać jako "rosyjską duszę". Bohaterowie potrzebują tytułowego tlenu jak... powietrza - i ten tlen jest czymś więcej niż "tylko" miłością, jak pisze wielu recenzentów. Moim skromnym zdaniem tlen reprezentuje wszystkie te niematerialne wartości, które są pozornie irracjonalne i nieważne, ale bez których nie możemy żyć. A więc przede wszystkim miłość i wolność, jednak też - opisywane w piosence "To, co najważniejsze" - imiona, honor, czasem obowiązki wobec kraju czy rodziny. To, co uderza do głowy terrorystom, także jest rodzajem tlenu - i to mocnym, bo tlenem-miłością, tlenem miłości do Boga. Bardzo mi się podobał ten fragment, był pełen paradoksów, a jednocześnie w pewien sposób zgadzał się z moimi wcześniejszymi odczuciami.

Idąc na film, nie wiedziałam nawet, że jest ekranizacją sztuki teatralnej - i, co ciekawe, wcale tego nie odczułam. Podobała mi się swoboda, z jaką poruszali się bohaterowie, rozległe przestrzenie miast, po których gonili się nawzajem w piosence "Cietwierg" o czwartku i sobocie, tańczących w parze. Najpiękniejsza scena to moim zdaniem ta, w której bohaterowie patrzą na siebie po obu stronach ulicy, patrzą, jakby nie wiedzieli, czy są jeszcze dla siebie tlenem, czy ten tlen znajduje się już gdzieś indziej. I muszą tylko do siebie podejść, aby wszystko się wyjaśniło - zachęca do tego orkiestrowa - inna, niż do tej pory - muzyka.

Niektóre momenty - np. nurzanie się w błękitnym basenie (?) - były na niebezpiecznej granicy sztuczności, ale dzięki dobrze wyważonej całości nigdy tej granicy nie przekraczały. Podobały mi się fragmenty humoru (trochę na zasadzie WTF?) - stanowiły miłe przerywniki w filozoficznej treści filmu, zwłaszcza lekko psychodeliczna reklama grzybków. Także scena, w której Karolina Gruszka mówi po polsku, ironicznie i z pozycji językowego dystansu komentowała całą historię Saszy i Saszy: dlaczego właściwie przejmujemy się ludźmi, którzy nie istnieją?

Film nie byłby na pewno taki dobry, gdyby nie świetna gra aktorska obojga protagonistów. Karolina Gruszka jest przekonująca, ładnie wygląda w obu fryzurach i bardzo mi zaimponowała taką szybkością w recytacji rosyjskiego tekstu :) Aleksiej Filimonow z kolei zmienia się nie do poznania w kolejnych wcieleniach - aż trudno skojarzyć ze sobą Saszę z prowincji, lekko dresowatego artystę ze studia nagranowego i romantycznego chłopaka w białej koszuli, biegającego po ulicach światowych metropolii. Oboje podobali mi się bardzo, przyjemnie słuchało się ich głosu i przyjemnie patrzyło - na p. Gruszkę w wersji rudej i zwłaszcza p. Filimonowa w wersji koszulowej ^^

Kolorowy i teledyskowy "Tlen" jest dla mnie przede wszystkim wciągającą opowieścią o wartościach równie potrzebnych do życia jak powietrze. Część z kwestii poruszonych w filmie zajmowała mnie od dawna i cieszę się, że trafiłam na dzieło, które tak trafnie je opisało.

Przez Ciebie nabieram ochoty, żeby znów obejrzeć ten film. :)

Dla mnie wywód dotyczący terroryzmu, chociaż wspaniale zrealizowany, ocierał się o pretensjonalność. Ale pasował do stylistyki, więc się za bardzo nie czepiam.

Uważam, że najfajniejszym wcieleniem Filimonowa jest jednak ten dresowaty artysta - świetnie się sprawdził jako raper.

Mnie Pani Gruszka rozczarowała, ale Filimonow, zgadza się, świetny.

Dodaj komentarz