Dom pełen łotrów

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Uwielbiam Dom w głębi lasu, więc na nowy film Drew Goddarda wyczekiwałam niecierpliwie. On tymczasem, pod kanciastym polskim tytułem Źle się dzieje w El Royale, przeleciał przez nasze kina jak meteoryt, po czym zniknął na horyzoncie. Wkrótce potem zamkął box office na 31,9 milionach, czyli deczko mniej niż swój 32-milionowy budżet. Do tej pory trudno mi zrozumieć, co się właściwie stało. Nie jest to może tak czarujący film jak Dom..., ale to nadal kawał świetnej popcornowej rozrywki czerpiącej z najlepszych wzorców.

Tytułowy El Royale to hotel "z przeszłością" położony na granicy dwóch stanów - Kalifornii i Newady. Czasy świetności ma już za sobą. Całą jego obsługę stanowi jeden nerwowy chłopak, a pokoje świecą pustkami. Tego konkretnego wieczoru pojawi się w nim kilka postaci, które też miewały już lepsze dni - starszy, podejrzany ksiądz, tajemnicza czarna kobieta, dziwaczny sprzedawca AGD i młoda, arogancka hipiska. Każda z tych osób ma swoje mroczne tajemnice. A sam hotel również skrywa jeden czy dwa paskudne sekrety.

Jeśli to nie jest świetny początek, to nie wiem, co nim jest. I ten potencjał nie zostaje zmarnowany, bo Goddard to zdolny scenarzysta, który zawsze ma dla nas jeszcze jedną niespodziankę. O obsadzie również nie powiem złego słowa. Jeff Bridges w skórze szemranego księżula czuje się jak we własnej, wymieniając szarmanckie bon moty z Cynthią Erivo (która genialnie śpiewa tu na żywo). Wpada też na moment naburmuszony, ulizany Xavier Dolan. Drugą połowę filmu kradnie wąsaty Chris Hemsworth jako złowrogi guru w rozpiętej koszuli (ja nie żartuję!). Klimat podkreśla świetnie dobrana muzyka i wytworne, pełne nasyconych barw zdjęcia.

Jednym słowem, jest to taki film, jaki nakręciłby Quentin Tarantino... gdyby nie był mistrzem kina. Płytę z El Royale... można cisnąć w twarz wszystkim tym, którzy twierdzą, że pyskaty Amerykanin to cienias, który nie robi nic innego, tylko kradnie od lepszych od siebie. Wyraźnie daje się dowiem odczuć brak wielu rzeczy, które czynią jego kino kultowym, a te, które są, wzbudzają nie zaspokojony apetyt na te, których nie ma. Chodzi przede wszystkim o genialne dialogi i długie sceny napisane tylko po to, by zbudować napięcie za pomocą samego właściwie gadania (jak słynna scena w piwnicy z Bękartów wojny). Widać tu parę wprawek, i to dość skutecznych, Goddard jest bowiem dobry - ale nie aż tak dobry. Zaraz potem mamy wspaniałe, barwne, tarantinowskie postaci. To nie jest tak, że aktorzy się marnują na podrzędnej jakości role. Tylko że Ordell Robbie z Jackie Brown, Beatrix Kiddo z Killa Billa czy nawet wymachujący bejsbolem Donny Donowitz z Bękartów wojny to małe arcydzieła, którym po prostu trudno dorównać. Pewnie macie już swoje ulubione typy, które dopisalibyście do tej listy. No właśnie.

Reżyser Źle się dzieje... nie ogranicza się jednak do roli imitatora. Ma kilka własnych obsesji, które wplata w filmową materię. Podobnie jak w Domu w głębi lasu mamy tu wątek voyeurystyczny, zainicjowany dyskretnie już w scenie początkowej. Aż trochę szkoda, że nie ma z tego jakichś poważniejszych fabularnych owoców, szczególnie biorąc pod uwagę hotelowy kontekst. El Royale to miejsce, które z biegiem czasu wzbudza coraz więcej grozy - milczący świadek brudnych namiętności i perwersyjnych sekretów. Czuć tu rękę twórcy, który dobrze czułby się w mrocznych klimatach, chwilowo jednak odsuwa je na bok, bo ma do napisania ważny list miłosny.

Szyby, lustra i kamery to fiksacja Goddarda, ale muzyka to jego miłość i bijące serce filmu. Nie chodzi nawet o ścieżkę dźwiękową, dobraną z wyraźnym pietyzmem, czy regularnie powracający motyw hotelowej szafy grającej. To sceny śpiewu odgrywają tu ważną, a niekiedy i zwrotną, rolę. Muzyka to ostoja wolności i jasny punkt w tym krwawym i ponurym dramacie. I znów: szkoda. Gdybym nie widziała Baby driver, pewnie doceniłabym bardziej to, co osiągnięto w El Royale.

Goddard zaliczył więc tym filmem swój test Kobayashi Maru - zrobił wszystko jak należy (czasem nawet ponadprzeciętnie), a mimo to nie dostał nawet tyle kasy, by pokryć koszty produkcji. Mam nadzieję, że wyjdzie z tej próby charakteru zwycięsko, bo czuję, że możemy spodziewać się po nim jeszcze niejednej miłej niespodzianki.

Zwiastun: