Hejter

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Nowy film Jana Komasy będzie zapewne podobnym przypadkiem, co Kler Smarzowskiego - zapewni widzom przeżycia w kinie, jak i poza nim, choć może na trochę mniejszą skalę. Przez tych 9 lat, które minęły od premiery pierwszej Sali samobójców (związanej zresztą z Hejterem luźno albo wcale), reżyser dojrzał, rozwinął się i zyskał uznanie w środowisku. Fascynacja Internetem i wyczulenie na społeczne problemy jednak mu nie przeszły. Przede wszystkim zaś - nadal lubi ostro namieszać.

Hejter to historia Tomasza Giemzy, którego poznajemy, gdy wylatuje ze studiów prawniczych na prestiżowej warszawskiej uczelni. Przez jakiś czas usiłuje to jednak zataić, zwłaszcza przed swoimi mecenasami - rodziną Krasuckich, przedstawicielami liberalnej elity. Ze względu na dawną znajomość Krasuccy wspomagają go finansowo, Tomek podkochuje się też w ich córce, Gabi. Wykorzystując pożyczony czas, Giemza znajduje pracę w agencji PR kierowanej przez makiaweliczną Beatę Santorską. Wtedy jednak prawda wychodzi na jaw. Opiekunowie (i Gabi) odcinają się od niego. Giemza postanawia wykorzystać możliwości, które daje mu nowa praca, by wyrównać z nimi rachunki.

Film rozgrywa się praktycznie tu i teraz. W polskim kalendarzu politycznym jego akcję można umiejscowić pomiędzy nagonką na uchodźców a nagonką na LGBT (ten klimat już zresztą wraca - ledwie parę dni temu Małgorzata Kidawa-Błońska próbowała zawstydzić rząd za przyjęcie migrantów). Tłem wydarzeń są warszawskie wybory samorządowe, w które Krasuccy są, rzecz jasna, zaangażowani. Głównymi rywalami w walce o urząd prezydenta stolicy jest miły i otwarty kandydat liberalny (Maciej Stuhr) i pełen namaszczenia przedstawiciel partii Godni i Solidarni (hehe). Reżyser kreśli więc aktualny krajobraz polityczny, unika jednak opowiedzenia się po którejś ze stron ukazywanego sporu. Jego optyka jest nieco inna. Bohaterowi nie chodzi o ideały, lecz o społeczny awans, w pogoni za którym jest gotów instrumentalnie posłużyć się retoryką zaczerpniętą z dowolnej narracji. To bardzo odświeżająca perspektywa.

Giemza szuka drogi na warszawskie salony, by zdobyć dziewczynę, którą kocha. Próbuje najpierw metody usankcjonowanej zwyczajem, to znaczy prestiżowych, jak na polskie warunki, studiów na UW. Szybko przekonuje się jednak, że to już nieaktualne. Ludzie, z którymi chciałby przestawać, posyłają od dawna dzieci na studia za granicę. Praktycznie nie da się już otworzyć tych drzwi, będąc chłopakiem ze wsi, który ledwo utrzymuje się w stolicy. Można je tylko spróbować wyłamać.

Komasa czerpie chyba sporo złośliwej satysfakcji z portretowania miriady metod, jakimi klasa wyższa buduje swój prestiż, komunikuje wyższość i materialną niezależność. Nonszalanckie, dizajnerskie ciuchy, studia bezużyteczne z punktu widzenia zarobkowego, mieszkania kupione przez rodziców, pozerskie przyjęcia urodzinowe, obowiązkowa ukraińska służąca. Wplatanie anglicyzmów w codzienne rozmowy. Uczestnictwo i organizacja wydarzeń kulturalnych, przy których oczekuje się pracy wolontaryjnej (czytaj: są zbyt uduchowieni, by pomyśleć, że warto by zapłacić). Niebotycznie drogie lokum w centrum miasta lub podmiejska willa urządzona w statecznym, konserwatywnym stylu. Jest to wszystko może świadomie sarkastyczne, może dość stereotypowe, ale czuć w tym prawdziwą "warszawkę".

Wreszcie sam bohater, który znajduje się w specyficznej, jak na przeciętnego chłopaka spoza miasta, sytuacji. Zna takich ludzi prywatnie. Tym samym z łatwością pozbywa się popularnych przesądów na temat bogatych - że to, co mają, wypracowali dzięki ciężkiej pracy lub nadludzkiej inteligencji. Wie, że ich pewność siebie wynika z faktu, że zawsze spadną na cztery łapy dzięki kapitałowi, który posiadają - twardemu i społecznemu. On takiej poduszki nie ma. Ma jednak inne cechy, dzięki którym może odnieść sukces. Jest inteligentny, łatwo nawiązuje kontakty, nie boi się ryzyka, ma elastyczny kręgosłup moralny. Jest też zdesperowany.

Musiałowskiemu należy się akapit, by uhonorować jego wkład w ten film. Gra człowieka, który przez większość czasu kłamie lub coś ukrywa, bo wcześnie nauczył się, że szczerość jest karana. Dla nas, widzów, jego emocje pozostają jednak czytelne. Jest w Hejterze kilka fałszywych tonów a motywacja bohatera nie zawsze jest dla mnie stuprocentowo jasna. W większości odpowiadają za to jednak scenarzyści. Tomasz Giemza jako postać broni się dzięki świetnej robocie aktorskiej i dialogom, zmieniającym rytm i zakres słownictwa zależnie od środowiska, w jakim akurat obraca się bohater.

Jak widać, film ma znacznie większe ambicje niż tylko eksplorowanie wąskiego tematu hejtu w Internecie. Należałoby się jednak dla przyzwoitości odnieść do jego tytułu. Internet wreszcie zostaje pokazany jako to, czym faktycznie jest - narzędziem rozbudzania społecznych emocji, pośrednikiem w kontaktach damsko-męskich, wreszcie platformą służącą radykalizacji. No, może brakuje zdjęć kotków, które trochę by osłodziły ten srogi wizerunek. Tak czy inaczej, Hejter potwierdza, że niegdysiejsze marzenia o globalnej sieci jako o narzędziu demokratyzacji i wolności odeszły już dawno do lamusa. W Internecie rozpychają się opłacane trolle i polityczni macherzy, którzy na jedno skinienie swoich mocodawców gotowi są wyprowadzić ludzi na ulice lub wzbudzić panikę wśród użytkowników. Entuzjastyczni youtuberzy, produkujący rozczulająco amatorskie filmiki o swoich pasjach, są zaszczuwani przez najmitów.

Można by o Hejterze pisać jeszcze długo, bo to prawdziwa bomba wątków. Nie wątpię, że wzbudzi on niejedną dyskusję nad piwem, kawką, sojowym latte, przy wódce lub Coca-coli, czy co tam się akurat pije w danym kręgu społecznym. Sukces Bożego ciała sprawi być może, że będzie to taki film, który będzie wypadało obejrzeć. To bardzo dobrze, bo choć jest on bardzo przykry, warto wyciągnąć z niego wnioski.

Zwiastun: