W mieście życia i śmierci

Data:
Ocena recenzenta: 9/10

Sytuacje, w których reżyser dostaje listy grożące mu śmiercią za to, że nakręcił wyważony film, są raczej niecodzienne. Jednak Chuan Lu, twórca "Miasta życia i śmierci", otrzymał już wiele takich anonimów i gdyby nie poparcie partii komunistycznej, jego film prawdopodobnie zostałby, jak to się niegdyś mówiło, "półkownikiem". Historia masakry dokonanej 72 lata temu przez armię japońską w ówczesnej stolicy Chin stanowi najwyraźniej nie zabliźnioną ranę w zbiorowej świadomości. I nawet po obejrzeniu owego "stonowanego" dzieła naprawdę trudno się temu dziwić.

Podróż, w którą zabiera nas Lu, to jedna z tych wypraw, na które nie idzie się chętnie i z których wraca się wstrząśniętym. Pierwsza część filmu - emanująca patosem, a zarazem doskonale zrealizowana - opowiada o desperackim oporze chińskich żołnierzy i tragicznym losie tysięcy wojennych jeńców, których bezceremonialnie rozstrzelano. Są to fragmenty niewątpliwie trudne w odbiorze, ale mniej lub bardziej wpisujące się w konwencję kina wojennego, zatem nie odzierają one widza z poczucia bezpieczeństwa. Robi to jednak dalsza opowieść, przedstawiająca losy cichych, nieciekawych i najbardziej poszkodowanych w każdej wojnie - cywilów.

Po zdobyciu Nankinu większość ocalałych znalazła schronienie w strefie bezpieczeństwa utworzonej przez grupę cudzoziemców pragnących zapobiec ludobójstwu. Ich los był jednak niepewny i zależny wyłącznie od dobrej woli, czy też kaprysów, przedstawicieli zwycięskiej armii. To poczucie całkowitej bezradności, niepewności losu własnego i bliskich, zostało oddane w "Mieście życia i śmierci" z detalami. Powodowane rozpaczą próby kolaboracji, namawianie zagrożonych gwałtem kobiet, by ścinały włosy - to jedyne środki ochrony dla ludzi, którzy bagnetom mogą przeciwstawić tylko krzyk i strach. Bezsilni są nawet ci, którzy utrzymują istnienie strefy dzięki dyplomatycznym wpływom. Chociaż Japończycy nie ważą się ich zamordować, nie wahają się też wysuwać najbardziej nieludzkich żądań w zamian za ochronę i żywność. Żądań, których nie wolno nie spełnić.

"Miasto życia i śmierci" nie jest freskiem historycznym. Świat pogrążony w wojnie oglądamy oczami kilkorga bohaterów, wśród których wielu to postaci autentyczne. Nawiązana z nimi emocjonalna więź pozwala lepiej zrozumieć ich wybory, ich strach i małe, prywatne akty odwagi. Jeśli nawet nie pochwalamy ich działań, właśnie dzięki tej więzi jesteśmy świadomi tego, jak bardzo nie mamy prawa ich osądzać. Ogromną siłą tego filmu, podobnie jak "Pianisty", jest konfrontacja widza z prozą wojennego życia i uświadomienie mu, jak inna jest to proza. Podobnie jak Polański, Lu nie unika obrazów okropności i przemocy, potrafi jednak wywrzeć większą presję emocjonalną. Z projekcji wychodzi się wyczerpanym.

Niewątpliwie dla widza z Europy "Pianista" ma przewagę własnego terenu - te wydarzenia pamiętają nasi dziadkowie. Azjatycka masakra, jak by nie była okropna, to dla nas abstrakcja. Tak by się w każdym razie mogło wydawać. Tymczasem "Miasto życia i śmierci" stanowi pośrednio hołd dla Europejczyka, Johna Rabe, który uczestnicząc w stworzeniu strefy bezpieczeństwa ocalił dziesiątki tysięcy istnień. I który, tak się składa, był nazistą. Wielkie getto, otoczone przez niego ochroną na mocy autorytetu Hitlera, spełniło swoją rolę i zapewniło przetrwanie cywilom.

Obejrzenie tego filmu - z pewnością należącego raczej do wagi ciężkiej - jest warte przeżytego stresu. Na moje niedoświadczone oko, pod względem realizacji "Miasto życia i śmierci" ociera się o arcydzieło, a może nawet nim jest. Wysokiej próby reżyseria, doskonałe czarno-białe zdjęcia, ascetyczna muzyka. Chan Lu osiągnął tu wszystko, o czym mógłby marzyć Wajda, gdy realizował "Katyń" (porównywanie obu tragedii jest zapewne nietaktem). "Miasto" wnosi do swojego gatunku formę doprowadzoną do perfekcji.

Wszystko, co napisałam do tej pory, nie daje wielu powodów do przypuszczeń, że mógłby to być film nazbyt stonowany. Sądząc jednak po tym, co przeczytałam na temat masakry, reżyser mógłby, gdyby zechciał, utopić widza w okropnościach. Nie robi tego jednak, wręcz kończy film akcentem nadziei. Podstawowym źródłem listów z pogróżkami jest zapewne postać japońskiego żołnierza, w której skumulowała się chyba cała dobra wola, jaką Japończycy mogliby się ewentualnie wykazać. Młody, wrażliwy, może nawet bohaterski, młody człowiek, który na wojnie poznaje miłość, by za chwilę zobaczyć ją zszarganą, nie przypomina ludzkich bestii, które mordowały i gwałciły wszystko co napotkały na drodze - a tak agresorów chcą sobie wyobrażać ofiary masakry i ich dzieci. Lu daje do zrozumienia, że po obu stronach barykady znajdowali się wówczas po prostu ludzie. Być może na takie sugestie jest jeszcze za wcześnie.

Nie znam tego filmu, ani nie znałam tej historii, ale bardzo mnie zachęca recenzja. Lubię filmy, które wymagają trochę stresu!

Bardzo polecam. Tylko koniecznie w kinie, bo to jednak mało kameralny film. Jak na razie "Miasto" było poza Azją wyświetlane tylko na festiwalach. Ale ma dystrybutora i już szykują się premiery kinowe w Rosji (11 marca) i Anglii (16 kwietnia), a co dalej to się zobaczy.

Podkreślasz, że tylko w kinie, ale ja oglądałam w telewizji i nie zgodzę się też, że to mało kameralny film. Ja takie filmy wolę zdecydowanie oglądać w domu, w samotności, niż w kinie.

Widziałam go już jakiś czas temu, w kinie, i dla mnie był to film nakręcony z myślą o dużym ekranie. Myślę, że przynajmniej parę fragmentów traci na wadze po przeniesieniu na mały. Ale skoro piszesz, że zrobił wrażenie, to nie będę się upierać, bo sama w TV nie widziałam i nie mam porównania.

Miałam na myśli jedynie tematykę, jeśli chodzi o resztę, to hm, nie znam się.
Trudno mi jest wyobrazić sobie, że oglądam to w jakimś kinie pełnym ludzi, ale i takie uderzenie wizualne jak w kinie w przypadku takiej tematyki - przeraża mnie na samą myśl.

Właśnie chodzi o uderzenie. Film był na nie obliczony i oglądanie go w wygodnym domku z herbatką, zamiast na sali pełnej ludzi cierpiących razem z Tobą, to dopiero mnie nie przekonuje ;) To samo z "Idź i patrz".

No a mnie ten film (w przeciwieństwie do "Idź i patrz") właśnie słabo uderzył. Za bardzo był chyba "epicki". No i byłem już wcześniej uderzony tą historią, bo oglądałem dokument.
Nie jestem pewien, czy bardziej się cierpi w kinie czy w domu. Chyba zależy od tego jak się ogląda. Samotny seans w domu, w ciszy i skupieniu mi też wydaje się najlepszy do chłonięcia takich obrazów.

No tak, był epicki i jak się na epickość nie jest podatnym, to można sobie kino darować. Już nie mówię o wcześniejszym oglądaniu dokumentu, bo wtedy widać gdzie reżyser wygładził, gdzie udramatyzował i zamiast dać się wciągnąć, człowiek wydziwia.
A to w kinie to nie może być ciszy i skupienia? Nikt raczej na taki film z popkornem nie przychodzi. Jak byłam na "Zapiskach mumii", można było szpilkę upadającą usłyszeć. Może tylko z samotnością ciężko.

Rozumiem teraz; może być i tak. To co piszesz obok, że można tak się zapomnieć, że wszystko znika dookoła, nawet jeśli siedzi się w kinie, to też racja, ale widać dawno tak w kinie nie miałam, skoro trzeba mi o tym przypominać.
"Idź i patrz" nie znam, wklikałam na listę i zobaczymy, czy zobaczymy.
A w telewizji puścili to w nocy, skończyło się nad ranem (2.30), spać się po tym już za bardzo nie dało, za to iść do pracy musiało, wobec czego raczej kawa za kawą, niż herbatka ;)
Dziś już mi lepiej ;)

Dodaj komentarz