Wyścig z czasem

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Powiedzenie czas to pieniądz jest chyba tak stare jak sam pieniądz. Rzecz w tym że w In Time można to zrozumieć dosłownie. Andrew Niccol (reżyser), przenosi nas do niedalekiej przyszłości gdzie jedyną walutą jest właśnie czas. Okazuje się, że czas można kupić, można go stracić, a co najgorsze można ukraść.

I jak to w życiu bywa istnieją bogaci i biedni. Will Salas (Justin Timberlake) należy niestety do tej drugiej grupy, co rano budzi się z zapasem 23 godzin, by móc przeżyć kolejny dzień musi zdobyć jedyną uznawaną walutę: czas. Pewnego dnia spotyka bogatego nieznajomego który przekazuje mu ponad wiek, a sam popełnia samobójstwo. Will zostaje niesłusznie oskarżony o zbrodnie, bierze więc zakładniczkę Sylvie Weis (Amanda Seyfried) i ucieka przed policją. Podczas ucieczki przed wymiarem sprawiedliwości oboje zakochują się w sobie i postanawiają wypowiedzieć wojnę istniejącemu systemowi.

Można więc pogratulować dobrego pomysłu na film, szczególnie że całość zmusza do myślenia. O ile w naszych czasach da się żyć nawet na pokaźnym minusie, to w scenerii In Time już nie. Nie da się więc wydać więcej niż się ma, a mało kto jest skory do dzielenia się czasem. Szczególnie że czas oznacza życie, w zasadzie o walce z życiem jest film, o tym że każda sekunda jest najcenniejszym czym się ma. Biedni zwyczajnie umierają, bogaci żyją wiecznie.

Bo co oznacza stracić wszystko? Wszystko oznacza życie, a utrata choćby sekundy oznacza sekundę życia mniej. Film pokazuje więc że pieniądz w zasadzie jest wart tyle co nic, że dobra materialne na niewiele się zdają, że najcenniejsze jest życie, a dla życia człowiek zrobi wszystko. Nie trudno więc się domyślić, że mamy też tych złych, złodziei czasu którzy okradają człowieka nawet z ostatnich minut życia. Całość prowadzi więc do pewnego paradoksu; im bogatszy jesteś, więcej czasu masz, tym bardziej się o życie boisz. Film ukazuje więc dwie strony, bo kto nie chciałby żyć wiecznie, jednak nigdy nie wiadomo po której stronie barykady los nas postawi. Może się okazać, że walka o życie będzie się toczyć każdego dnia.

Gdzieś pomiędzy tym wszystkim jest doskonale wpleciona, akcja, tytułowy wyścig z czasem. Andrew Niccol pokazał że potrafi zrobić niezłe kino sensacyjne. Całość osadzona może w scenerii pozostawiającej troszkę do życzenia jednak najgorzej nie jest. Warto zwrócić uwagę na czas przyszły w filmie. O ile dobrze pamiętam w żadnym momencie nie było podanej daty, czasu akcji. Jednak można się domyślić że wszystko dzieje się niedalekiej przyszłości. I tak nie zaznamy w filmie laserowych broni, obrazów wyświetlanych w powietrzu, latających pojazdów ani naddźwiękowych teleportów. Da się jednak zauważyć że samochody ewoluowały i cała drobna technika ruszyła troszkę z kopyta. Jest więc realnie, na tyle realnie aby film można było poczuć. Owszem, są momenty gzie wszystko wygląda dość tanio, da się do tego przyczepić, na szczęście źle nie jest, można to wybaczyć.

Justin Timberlake w mojej ocenie wcale nie wypadł tak źle jak sieć huczy, nie wiem czy wynika to z niechęci do jego osoby, ale trudno mi się do niego doczepić z perspektywy filmu. Oczywiście do Pacino sporo mu brakuje, ale czy zaraz wszyscy muszą być rewelacyjni? Amanda Seyfried radziła sobie nie gorzej, nie ma co ukrywać z pewnością nadrabiała urodą (wybaczcie, facetem jestem), jednak wcale nie było źle, było nawet dobrze. Mam wrażenie że ta parka nieźle wpasowała się w film. In Time nie jest kinem z jakiejś górnej pułki, więc i gra aktorska najwyższych lotów nie była. Wiem, brzmi śmiesznie, ale całość zwyczajnie jest zrobiona dobrze.

Jedyne co troszkę razi… kreacje, sukienki, obcasy. Owszem oko cieszy ;-) tylko jakoś trudno mi sobie wyobrazić ucieczkę na kilkucentymetrowym obcasie prze środek miasta. Byłem pełen podziwu dla scen biegu w tej obcisłej sukni, z tymi mega obcasami. Oj to mi chyba w pamięć zapadnie.

Całość jest naprawdę nieźle spasowana, akcji jest na tyle aby widz się nudził, fabuła pozwala w tym wszystkim odkryć coś więcej niż tylko kolejną amerykańską bajkę. Warto tez wspomnieć o muzyce, była naprawdę dobra Craig Armstrong zdecydowanie się przyłożył.

Film jest raczej godny polecenia, nie należy się jednak spodziewać kina wysokich lotów. Jeśli tylko ktoś lubi niezłą akcje z odrobiną fantastyki to z pewnością się nie zawiedzie.

Zwiastun:

Twoja recenzja strasznie mnie zaskoczyła, nie spodziewałem się, że jest ktoś komu ten film może się spodobać. Ja w nim zauważyłem tylko braki.
Zacznijmy od pomysłu. In Time jest tylko kolorową i o wiele mniej wciągająca wersja "Metropolis" Fritza Langa, z tym, że Lang do swojego filmu dodał przesłanie i za pomocą samego obrazu ukazał w sposób rewelacyjny psychologie tłumu i rozwój ruchów populistycznych. Jedyne co nowatorskie w filmie Niccol, to zamiana pieniędzy na czas, dla mnie to trochę za mało.
Niby film o przyszłości a wydaje się, że przenosimy się do wieku XIX i początków XX. Historia opisuje dylematy tamtej epoki nie ruszając kompletnie "duch" postmodernizmu.
Nawet wątki dramatyczne są tam źle skonstruowane. Dramatyzm filmu jest bliski zera. Jest np. taka scena, w której Justin zamierza obrabować ojca swojej towarzyszki. Nie ma tam podchodów, misternego planu, od tak nagle okazuje się, że Justin stał się jednym z ochroniarzy. 1 m i koniec dramatyzmu.
Nawet motywacja bohaterów jest mało realistyczna. Umierając ludzie nie wywołują reakcji u bohatera, dopiero informacja o tym, ze to wynik jakiejś inżynierii społecznej pcha bohatera do działania. Trochę dziwne, że sam się tego nie domyślił.
A aktorstwo ...sieć ma racje.
Ja nie zauważyłem w tym filmie nic nowego, wartego uwagi, refleksyjnego. Odgrzewany kotlet, i to jeszcze w mikrofali.

Recenzja jak recenzja, ja sam się nie spodziewałem że film mi się spodoba. Niestety "Metropolis" nie widziałem, więc w tym temacie mogę powiedzieć w zasadzie nic. Co do IT... cóż, jakoś tak mam, że lubię efekciarskie kino z odrobiną fantastyki - warunek aby fantastyki było niewiele a całość ma się nieźle wplatać w film. Dlatego jakieś 'Startreki' mi się nie podobają. W IT spodobała mi się tematyka, mimo że nie była głęboka, nie wywoływała jakiś mega refleksji i tak dalej i tak dalej...
Trudno się nie zgodzić z Twoją opinią, masz wiele racji w tym co piszesz - pytanie tylko czy było AŻ tak źle? Ja też nie popadam w zachwyty... ale mieszał z błotem filmu nie będę - to co mi IT pokazało zwyczajnie wystarczyło, bynajmniej dla mnie. Do kina wybrałem się z nastawieniem takim w stylu eee będzie jakoś tak średnio, może troszkę efektów. A tutaj proszę, na kolana nie powala a jest przyjemnie. O! Tyle ;-)

Dodaj komentarz