Poruszyć beznadzieją

Data:
Ocena recenzenta: 9/10

„Śmiej się z tarapatów życia, będziesz tego żałował; płacz nad nimi, będziesz także tego żałował; śmiej się czy płacz z tarapatów życia, będziesz i tego i tego żałował; albo się będziesz śmiał, albo będziesz płakał, będziesz żałował i tego, i tego. "

Ten fragment prozy Sørena Kierkegaarda świetnie ilustruje zanurzony w rozmytej, nieostrej tonacji rezygnacji i zwątpienia nastrój filmu Dagura Kári. Miałam wrażenie, że oglądam coś wspaniałego, niemal doskonałego w swojej cierpkiej wymowie, choć do końca nie wiem, co mnie w opowieści aż tak urzekło. Może niepokój o krystalicznym posmaku, który film pozostawia. Może bezpretensjonalność głównego bohatera, a może obezwładniający lodowym pięknem trawers wzdłuż śnieżnych zasp Islandii, gdzie gra swą smętną melodię zawodzący cicho wiatr, a nieboskłon zachwyca czystym lazurem? Mamy tu zamknięcie, nieokreśloność, bezdenną pustkę mieszkańców uczuciowo wyjałowionego islandzkiego miasteczka u stóp lodowca. Przeplatające się niczym wzór warkocza na wełnianym swetrze wątki komediowe i dramatyczne, niezłą dawkę osobliwego sytuacyjnego humoru jako antidotum na egzystencjalną rozpacz jaka bije z tego śnieżnobiałego obrazu. I mamy Noi'ego.

Żyją tam ludzie pozbawieni życia, choć oddychają, ich serce bije dość regularnym rytmem, krew krąży w żyłach i pracuje mózg. Jednak ich emocje zlodowaciały, zastygły w wiecznej zmarzlinie. Żyją tu, bo tu się urodzili. Ich pozbawiona wzlotów i upadków wegetacja bardziej przypomina sen, zagubiony gdzieś w śnieżnych odmętach przystanek między życiem a śmiercią, którego jedną z końcowych tabliczek znaczy siwizna na skroniach.

Nieco wyrośnięty nastolatek Noi Albinoi ożywia ten świat, nadaje mu wyrazistości, wpuszcza o bladym poranku światło, tam gdzie ono nie dociera. Wystawia język do powtarzalności dni i zdarzeń, nie ulega trybikowi rutyny. Tupie nogą i pogwizduje z przejęciem. Łysy, chudy i wysoki w zabawnej pasiastej czapce, nie daje się wtłoczyć w ciasne ramy monotonnego życia, w szkolnym przybytku zasypia, bądź nieco ostentacyjnie zostawia w ławie dyktafon zamiast własnej osoby. Sam wyrusza w poszukiwaniu smaku życia, pije piwo na stacji benzynowej i spotyka z miejscową dziewczyną, u antykwariusza nabywa pornograficzne gazetki, zagląda do baru, nocami wspina po dachach.

W rozmowie z psychiatrą wypada świetnie. Jest inteligentny, nie musi niczego udowadniać. Cechuje go trudny do zaspokojenia głód wrażeń. Nie przesiąknął znanym zapachem codzienności. To postać, która nie wpisuje się w jakikolwiek nurt, nie pasuje. Do czegokolwiek. A już najmniej do tej sennej mieściny. Ma w niej swoją oazę, gdzie oddaje się przemyśleniom - zakamuflowaną zgrabnym dywanikiem kryjówkę pod podłogą. To wrota do świata, w którym ciekawy żywot wiodą inspirowane palmami nad hawajską plażą marzenia sączone w takt ulubionej muzyki.

Gdy czasem opuszcza piwniczny azyl próbuje wstrząsnąć zastanym światem, ale jego wysiłki spełzają na niczym, przypominają widziane w jednej ze scen filmu walenie kilofem w zamarzniętą ziemię. Strzela do sopli lodu, okrada automaty do gry, rozbryzguje krew zwierząt na ścianach domu, podejmuje nieco karkołomną próbę napadu na bank, tymczasem wszelkie zabiegi napotykają na mur obojętności. Nadal nic się nie zmienia. Nic nie budzi ludzi z letargu. Nic nie warto robić. Nie ma zdziwienia, to widz przeciera oczy ze zdumienia. Akcja spotyka się z brakiem reakcji. Rzucona z impetem piłeczka pingpongowa odbija się i po chwili wraca grzecznie na swoje miejsce. Materia pozostaje niewzruszona. Noi z determinacją próbuje dalej, aż jedynym rozsądnym rozwiązaniem wydaje się szalona ucieczka z podszytego bezsensem świata, który stanął w miejscu. Tu nic się już nie zmieni.

Tak sobie teraz myślę, że i dla osobliwych postaci otaczających Noi'ego warto obejrzeć ten film. Dla babci, która strzela z dubeltówki na dzień dobry, ćwiczy aerobik i wysyła wnuka do wróżbity. Dla ojca, niespełnionego artysty wsiąkającego na kacu w filozoficzne dywagacje, nie wylewającego za kołnierz, za to świetnie realizującego się w miejscowym barze w karaoke. A w przypływie szału rozbijającego w drobny mak pianino. Niedzielnego tatusia, który potrafi bez żenady uciąć z własnym synem pogadankę o niechcianych dzieciach.
Albo dla nauczyciela, który udziela lekcji robienia majonezu obowiązkowo zawsze kręcąc tą samą ręką w jednym kierunku. Cóż za pośliźnięcie belferskiego autorytetu, gdy majonez wspomnianym sposobem jakoś nie wychodzi.

Dodaję te postaci na osłodzenie tej gorzkiej fabularnej pigułki, bo puentę tego filmu mogłoby stanowić tkwienie w posępnej martwocie. Nurzanie w nihilizmie. Kári zdaje się mówić, nie wybijaj się ponad przeciętność, bo wszelkie działania obrócą się przeciwko tobie i przyjdzie ci za nie zapłacić. Za rogiem nie czeka ocalenie, a jeszcze większa pustka, która wyciąga po ciebie ręce. Jak u Sofoklesa los jest naznaczony tragizmem.
Nie oglądajcie go, gdy będzie Wam źle. Najlepiej nic nie róbcie.

W filmie islandzkiego reżysera można się przejrzeć jak w zwierciadle, w każdym chyba tkwi zbuntowany nastolatek, choć przeważnie się z niego wyrasta, zakłada obce garnitury, niedopasowane sukienki, wkłada stopy w przyciasne, choć atrakcyjne dla innych szpilki konformizmu. I czasem nie wiemy, gdzie w tym wszystkim pozostawiliśmy siebie.

Zwiastun:

Aj, jak bardzo teraz chcę zobaczyć ten film!

Hmm, film mi się podobał o wiele bardziej niż "Białe szaleństwo". Zauważam, że ostatnio oglądam zbyt wiele filmów w śnieżnej scenerii, zamiast poszukać wiosennych klimatów i odpocząć od tego, co za oknem. Jeśli chcesz jest na Iplexie, to nie to samo co w kinie, ale zawsze.

Lapsus, do obejrzenia zachęcam i ja. Sympatyczne kino.

ja również polecam, glównie na słabość do tej kinematografii narodowej ;)

Dodaj komentarz