Krwawa Ruanda

Data:
Artykuł zawiera spoilery!

„Ruanda to mały kraj, tak mały, że na wielu mapach, jakie znajdziecie w książkach o Afryce, jest zaznaczony tylko kropką…” – to początek „Wykładu o Ruandzie” z książki Ryszarda Kapuścińskiego pt. „Heban”. Właśnie tę kropkę ciężko było odnaleźć na mapie. Do czasu. Zmieniło to ludobójstwo wiosną 1994 roku ( liczba ofiar to około milion), czego wynikiem jest szereg rozmaitych publikacji o tym kraju, jak i coraz częściej podejmujących ten temat filmowców. W ciągu ostatnich paru lat krwawa Ruanda została pokazana w trzech filmach: „Hotel Ruanda” Terry’ego George’a, „Shooting Dogs” Michaela Catona – Jonesa oraz w najnowszym „Dzień, w którym Bóg odszedł” Philippe’a Vana Leeuwa.

W ostatnim z nich (pokazywanym na tegorocznych Nowych Horyzontach) belgijski reżyser przedstawił losy Jacqueline - służącej u europejskiej rodziny, która zostaje przez nich pozostawiona w kraju (uciekają z Afryki), kiedy Hutu zaczyna rzeź na Tutsi. Ona należąca do tego drugiego plemienia, zmuszona jest się ukrywać. Najpierw przebywa na strychu, potem ucieka do dżungli. Ci, którzy znają dwa inne filmy opisujące krwawy konflikt, wymienione wcześniej przeze mnie, zobaczą różnice między pierwszymi dwoma a ostatnim. Otóż obrazy „Hotel Ruanda” i „Shooting Dogs” pokazują heroiczną walkę, wielkie poświęcenie, niezbyt chlubną prawdę o postawie Zachodu podczas tragedii w Afryce, są bardzo zaangażowane, o pacyfistycznej wymowie, uderzające także w sumienia dziennikarzy telewizyjnych, mają też więcej bohaterów. „W dzień, w którym Bóg odszedł” jest tego pozbawiony. Krwawy konflikt w Ruandzie reżyser przedstawił przez pryzmat losu jednej kobiety. I pewnie też z tego względu film ten jest dziełem oryginalnym, nietuzinkowym, a przy tym doskonale uzupełniającym dwa pozostałe filmy. Bo też nie da się mówić o Ruandzie tylko z perspektywy jednej osoby, omijając chociażby bohaterską postawę Paula Rusesabagina – postaci filmu „Hotel Ruanda”, którego losy były autentyczne. Interesująco też w „Shooting Dogs” wypadła postawa księdza pytającego o sens wiary w obliczu tragedii oraz warto było przyjrzeć się bliżej oddziałom ONZ stacjonującym w Ruandzie, nie mogącym interweniować zbrojnie.

To, co wyróżnia film Philippe’a Vana Leeuwa od innych podejmujących ten temat, to także to, że jego film nie ma muzyki. Zatem, czy ten, o wiele skromniejszy, minimalistyczny, równie porusza, jak pozostałe? Tak, a niektóre sceny nie dają o sobie zapomnieć. Chociażby ta, rozgrywająca się na strychu, w której kobieta ukrywa się. Do jej domu wtargają mężczyźni z plemienia Hutu, w rękach trzymających maczety, by unicestwić wroga gdyby stanął przed nimi. Nie znajdując go, zaczynają się przechwalać swoimi morderczymi osiągnięciami. Bohaterka słyszy te rozmowy i wraz z nią mamy ściśnięte gardło. Kamera zaś w pełnym zbliżeniu pokazuje twarz murzynki; przez dłuższą chwilę obserwujemy jej duże przestraszone okrągłe oczy. Inna, to odnalezienie przez nią jej dwojga martwych dzieci. Kobieta przestaje widzieć cel życia.

Mocnych scen jest wiele. Mówią one same za siebie, nie potrzebują komentarza. W filmie przemoc, terror jakich dopuszczają się Hutu na Tutsi rozgrywają się poza kadrem (słyszymy siekające maczety, przerażające krzyki itp.), jak i w kadrze. Wydarzenia te nie mogą nie pozostawić w psychice kobiety śladu, który coraz bardziej się pogłębia. Szczególnie widać to w relacji z mężczyzną, którego spotyka, boi się mu zaufać, nie chce z nim rozmawiać. Tak więc, film ten można odbierać na dwóch płaszczyznach. Pierwsza jako przedstawienie haniebnej wojny domowej kraju Afryki. Druga - reżyserowi, bez popadania w ckliwości, udało się także przedstawić obraz matki, dla której życie „kończy się” wraz z utratą jej dzieci.

Zwiastun: