Cannes 2019: Oczekiwania

Data:

Za kilka godzin powinienem wylądować na nicejskim lotniku. Jakąś godzinę później zobaczę pierwsze canneńskie palmy, te prawdziwe, nieozłocone. Znamy już oczywiście tytuły wszystkich wyświetlanych filmów i posiadamy trochę informacji o większości z nich. Postanowiłem więc podzielić się moją listą najbardziej oczekiwanych filmów z tegorocznego programu.

NAJBARDZIEJ CZEKAM NA:
 
Quentina Tarantino („Once Upon a Time in Hollywood”)
 
Nawet nie będę próbować udawać, że jest inaczej. W tym roku zdecydowanie najmocniej czekam na nowy film Quentina Tarantino. Gdy tylko usłyszałem (w ubiegłe wakacje), że „Once Upon a Time in Hollywood” ma zaplanowaną datę premiery na sierpień tego roku, no to już wiedziałem. Ten film musi trafić do Cannes! Jak wiadomo, wcale nie było to takie pewne, bo Quentin niemal do ostatniej chwili trzymał w niepewności, nie potrafiąc zagwarantować, czy wyrobi się z montażem. Na szczęście wyrobił się i będę teraz mocno trzymać kciuki żeby ten film okazał się być bardzo dobry, bo byłoby pięknie, gdyby w 25 rocznicę wygrania Złotej Palmy za „Pulp Fiction” reżyser opuścił Lazurowe Wybrzeże z kolejną nagrodą.
 

 

Joon-ho Bong („Parasite”)
 
W zasadzie samo nazwisko wystarcza żeby to była jedna z najbardziej wyczekiwanych przeze mnie canneńskich premier. Bong dotąd rozczarował mnie tylko raz, debiutem angielskojęzycznym („Snowpiercer”), co zostało mu zapomniane, gdy dwa lata temu pojawił się w Cannes z cudowną „Okją”. O „Parasite” na razie mało wiem, oprócz tego, że będzie oparty na koreańskiej obsadzie, pięknych zdjęciach i zagadkowo brzmiącej fabule, niczego więcej jednak nie potrzebuję (ani nie chcę) wiedzieć.
 
Robert Eggers („The Lighthouse”)
I w sumie to samo mogę powiedzieć o „The Lighthouse”. Samo nazwisko reżysera wystarcza żeby ten projekt powędrował na szczyt mojej listy. Eggers ma na koncie dopiero jeden film, ale za to jaki! „Czarownica: Bajka ludowa z Nowej Anglii” zwróciła na niego uwagę kinomanów na całym świecie, czyniąc go jednym z najbardziej obiecujących młodych reżyserów, a przy okazji podarowała światu Anyę Taylor-Joy. „The Lighthouse”, osadzony w Maine z końca dziewiętnastego wieku, zapowiada się na kolejną dawkę nieoczywistej grozy. Oficjalny opis wspomina o hipnotyzującej, halucynogennej opowieści o dwóch latarnikach (Robert Pattinson, Willem Dafoe), pierwsze zdjęcie zapowiada kino czarno-białe, a całość została nakręcona na taśmie 35mm w formacie akademii (obraz kinowy o proporcjach 1,37:1). Kino festiwalowe pełną piersią.
 
Kleber Mendonça Filho, Juliano Dornelles („Bacurau”).
 
O Filho pierwszy raz usłyszałem za sprawą „Sąsiedzkich dźwięków”, które widziałem na festiwalu Nowe Horyzonty (gdzie zgarnęły nagrodę FIPRESCI). Również na Nowych Horyzontach oglądnąłem jego następny film, „Aquariusa”, którego nie dałem rady zobaczyć w Cannes trzy lata temu. „Sąsiedzkie dźwięki” były dobrym filmem, ale „Aquarius” był już rewelacyjny. Piękne, umiarkowanie długie, powolne (ale nie ślamazarne i nudne) kino o współczesnej Brazylii, o przywiązaniu do miejsc i rzeczy, o sentymentach, miłości do kultury, ale też bucie, upartości i bezlitosnej ocenie rzeczywistości wynikającej z życiowego doświadczenia. Film o dojrzałej kobiecie (znakomita Sonia Braga), która walczy ze złą korporacją, ale też cieszy się życiem, delektuje słońcem, morzem i plażą oraz dniami spędzanymi przy muzyce i winie. Fascynująca bohaterka, interesujący scenariusz, czarujący film. Juliano Dornelles pracował przy obu projektach w roli scenografa. Najwyraźniej z tej długoletniej współpracy zrodził się pomysł na kolejny wspólny film, tym razem zrealizowany już jako dwóch reżyserów.
 

 

Jean-Pierre i Luc Dardenne („Young Ahmed”)
 
Bracia Dardenne to już stali goście canneńskiego konkursu głównego. Osiem edycji i dwie Złote Palmy na koncie. W ostatnim latach czasem pojawiali się z czymś przeciętnym („Nieznajoma dziewczyna”), a czasem dającym po głowie i trafiającym w serducho („Dwa dni, jedna noc”). Ignorować ich jednak nie należy, bo mają szansę stać się pierwszymi w historii posiadaczami trzech Złotych Palm na koncie. „Young Ahmed” opowie o belgijskim nastolatku, będącym pod wpływem muzułmańskich ekstremistów, który planuje zabić swoją nauczycielkę.
 
Terrence Malick („A Hidden Life”)
 
No wiem, co niektórzy sobie myślą, gdy słyszą to nazwisko. Ja mam jednak słabość do Malicka, zarówno tego starszego, który jeszcze próbował opowiadać jakąś „normalną” historię, jak i tego obecnego, odpływającego w pretensjonalne tripy okraszone przepięknymi zdjęciami. „A Hidden Life” ma podobno być powrotem do tych „normalniejszych” filmów i opowiedzieć historię Austriaka, który odmówił wstąpienia do nazistowskiej armii podczas II Wojny Światowej. Ostatnim razem, gdy Malick był w Cannes to wyjechał z niego ze Złotą Palmą w ręku (za „Drzewo życia”). Czy historia się powtórzy? Zapewne nie, ale przebieram już z ekscytacją nogami na myśl o zobaczeniu jego przepięknych kadrów na ogromnym canneńskim ekranie.
 
Jim Jarmusch („The Dead Don’t Die”)
 
W zasadzie od samego początku, gdy tylko usłyszałem o tym projekcie, to nie miałem wątpliwości, że znajdzie się w tegorocznym programie. Nie przypuszczałbym natomiast, że nowy film Jarmuscha, komedia o zombie, otworzy festiwal. Z filmami otwarcia w ostatnich latach było dość kiepsko, czasem były one przyzwoite („Śmietanka towarzyska”, „Z podniesionym czołem”), czasem tragiczne („Grace księżna Monako”), ale jednak najczęściej słabe („Kobiety mojego życia”) albo rozczarowujące („Wszyscy wiedzą”). Oby „The Dead Don’t Die” mogło się zaliczyć przynajmniej do tej pierwszej listy. Nie spodziewam się po tym filmie nie wiadomo czego, liczę na luźną zabawę historią o inwazji zombie z udziałem zaprzyjaźnionych aktorów (oj, kogo tam nie ma w tej obsadzie) i właśnie to chciałbym dostać. Jakieś gore, pomysłowe żarty, dobrze bawiąca się obsada i będzie git.
 

 

Céline Sciamma („A portrait of a lady on fire”)
 
Céline Sciammę kojarzę jako reżyserkę dobrego „Girlhood” i scenarzystkę niezłego „Mając 17 lat”. Obu filmom daleko do miana rewelacyjnych, ale oferowały ciekawe i wyraziste (to raczej bardziej pasuje do „Girlhood”) portrety dzisiejszych młodych Francuzów. Jej poprzedni film działał szczególnie dobrze na poziomie pojedynczych scen, które do dziś okazjonalnie wspominam z przyjemnością, ale jego największa zaleta, czyli portret współczesnych dziewczyn z francuskich nizin społecznych, raczej nie przełoży się na nowy film reżyserki. „A portrait of a lady on fire” opowiada o malarce z osiemnastowiecznej Francji, która dostaje zlecenie namalowania portretu ślubnego młodej dziewczyny, ale bez jej wiedzy. Za dnia obserwuje więc bohaterkę obrazu, nawiązując z nią w efekcie nić porozumienia, a wieczorami tworzy swoje dzieło. Fabuła zapala mi w głowie trochę alarmowanych lampek, bo brzmi to trochę jak kolejny francuski przeciętniak kostiumowy o którym prędko zapomnę, ale pozwolę sobie zachować trochę wiary w reżyserkę z potencjałem.
 
Takashi Miike („First Love”)
 
Takashi Miike to taki gość, który nakręcił już ponad 100 filmów i zanim doczytacie do końca to zdanie to pewnie zdąży już napisać scenariusz kolejnego filmu. Będzie o samurajach. Albo yakuzie. A może nawet samuraju walczącym z yakuzą. „First Love” jest o yakuzie. No, tak pośrednio, bo bohaterem jest młody bokser i atrakcyjna prostytutka, uzależniona od narkotyków, którzy dają się wplątać w jakiś bałagan ze szmuglowanymi narkotykami i muszą uciekać przed skorumpowanym policjantem, yakuzą oraz płatną zabójczynią wysłaną przez chińską triadę. W tle Tokio nocą oraz pewnie kilka galonów krwi. I fajnie, dobrze będzie zobaczyć kolejny film Miike na dużym ekranie. Poprzedni taki seans również zaliczyłem w Cannes. Oczywiście to był film o samurajach.
 
Bertrand Bonello („Zombi Child”)
 
Haiti, lata 60., martwy mężczyzna zostaje przywrócony do życia i wysłany do morderczej pracy przy trzcinie cukrowej. 55 lat później, Paryż, prestiżowa szkoła, młoda Haitanka zdradza swoim przyjaciołom mroczny rodzinny sekret. Jedna z dziewczyna wykorzysta tę informację do zrobienia jakiejś niewyobrażalnej rzeczy, gdy ktoś złamie jej serce. Ciężko powiedzieć, czy wyniknie z tego coś wartego uwagi, ale instynkt mi podpowiada, że tak. Widzę tutaj potencjał na mroczne i wciągające kino z voodoo w tle. Widziałem trzy ostatnie filmy Bertrando Bonello. „Apollonide. Zza okien domu publicznego” podobał mi się bardzo, dwa kolejne („Saint Laurent” i „Nocturama”) już zdecydowanie mniej, oby więc poziomem było to coś bliższego temu pierwszemu tytułowi.
 
ciąg dalszy nastąpi...