Berlinale 2019: Claudio Giovannesi, Joanna Hogg, Gabriel Mascaro

Data:

LA PARANZA DEI BAMBINI
reż. Claudio Giovannesi
Konkurs Główny

Są bardzo młodzi, czasem nawet piękni, na pewno bardzo ambitni. Co z tego, że te ambicje dotyczą zdobycia terenu w swojej dzielnicy Neapolu. Zastąpienia rządzących tu teraz dorosłych mafiozów własnym, kumpelskim gangiem. Ta młodociana grupa status młodzieżówki Camorry ma raczej nieoficjalny, nie pobierała z gangsterskiego fachu u starszych kolegów żadnych korepetycji, ale dzieciaki widziały jak po haracz rośli faceci z bronią regularnie wpadali do mało rentownych, drobnych biznesów ich rodziców. Wiedzą, skąd się bierze broń w dzielnicy i kto z kim znajduje się na wojennej ścieżce. Najbardziej spostrzegawczym w tym gronie jest 15-letni Nicola (Francesco Di Napoli), któremu jako pierwszemu zaświta w głowie myśl, by odebrać władzę starszym kolegom w dogodnych okolicznościach.

Jak to zwykle bywa w przypadku produkcji opartych na prozie Roberta Saviano - niestrudzonego badacza i demistyfikatora neapolitańskiej mafii - pozwalają one wejść bardzo głęboko w przestępczy świat, prześledzić dokładnie jego mechanizmy, poznać motywacje. To dość klasyczny film ze społecznymi ambicjami uwrażliwienia na problem "wiecznie straconego pokolenia" (na miejsce tych zabitych i zamkniętych w więzieniach zawsze pojawia się ktoś, kto ich zastąpi - często coraz młodszy). Widowiskowe kino środka, bardzo żywe, całkiem wnikliwe i sprawnie zrealizowane. "La paranza dei bambini" zyskuje tyle na sugestywności, bo opowiada o bandzie dzieciaków, dla których wejście w mafijny świat do jedyna droga do spełnienia marzeń o modnych butach, drogich ubraniach i wystawnych imprezach w lokalnych dyskotekach. O zarobieniu szybkich pieniędzy, których nie zdobędą w inny sposób. Co bardziej przerażające, te nastolatki znają ryzyko, wiedzą, jaki koniec czeka je w tym fachu, ale mimo to wchodzą na przestępczą ścieżkę. Bezczelnie i bez skrupułów, bo innych perspektyw dla siebie nie widzą.

THE SOUVENIR
reż. Joanna Hogg
Panorama

Tilda Swinton jako matka, Honor Swinton Byrne jako córka - w filmie i prawdziwym życiu. Ta pierwsza w "The Souvenir" pojawia się raczej na drugim planie, ta druga - niesie na swoich młodych barkach cały ciężar autobiograficznej fabuły Joanny Hogg - prywatnie przyjaciółki Tildy, która była przy niej, gdy historia z filmowej fabuły rozgrywała się w rzeczywistości.

"The Souvenir" przybrało formę pastelowego, rozmytego pamiętnika, zbudowanego z jednostkowych epizodów, w którego centrum znalazła historia tragicznej miłości pomiędzy wychowaną w duchu rotariańskich wartości dziewczyną z klasy średniej oraz uzależnionego od heroiny i pieniędzy swojej partnerki, dekadenta i nihilisty. Hogg chętnie i jasno uwypukla klasowe różnice, jakie dzielą Julie i Anthony'ego, ale czyni to też bez żadnej złośliwości. Gdy młodzi kochankowie notorycznie spotykają się w wystawnej kawiarni w Harrodsie, wyglądają wręcz przekomicznie.

W filmie Hogg nie chodzi bynajmniej o społeczną fraszkę. "The Souvenir" to przede wszystkim mistrzowski, czuły portret młodej kobiety i budzącej się w niej artystycznej wrażliwości. Julie jest niepewną siebie studentką filmówki, która sięgając po analogową kamerę Super 8 nie ukrywa, że ma ona pomóc jej oderwać się od swojego uprzywilejowanego statusu i zbliżyć się do zwykłych ludzi. "The Souvenir" pełne jest takich cudownych pamiątek z przeszłości, drobiazgów i szczegółów ukrytych w dialogach, wnętrzach i przestrzeniach. Ponieważ to film-wspomnienie, tworzy on wokół siebie magicznie nostalgiczną aurę, z tym ziarnistym obrazem, incydentalną strukturą, ejtisowym soundtrackiem, który bardziej brytyjski być już nie mógł. "The Souvenir" ogląda się jak album ze starymi, pożółkłymi zdjęciami, któremu towarzyszy wyidealizowana, melancholijna opowieść o tym, co się na nich znajduje. Niekoniecznie tak w przeszłości faktycznie mogło być, ale to teraz zostało zapamiętane.

DIVINO AMOR
reż. Gabriel Mascaro
Panorama

W "Neonowym Byku" Gabriel Mascaro dekonstruował spojrzenie na płeć na głębokiej, brazylijskiej prowincji. W swoim kolejnym filmie tworzy uwodzący, dystopijny świat przyszłości. Pożyczył od Refna ciepłe, neonowe oświetlenie i repetycyjną muzykę elektroniczną, które razem pozwalają wtulić się w tę pozornie pluszową filmową wizję, medytację nad naturą wiary i miłości. Bo w tej Brazylii niedalekiej przyszłości trochę się zmieniło. Przede wszystkim biblijne drogowskazy przedostały się do urzędniczej praktyki dnia codziennego, tworząc podziały na tych głęboko wierzących i idących z prądem aktualnych trendów społecznych oraz tych nieprzestrzegających prawno-religijnych reguł. Tych drugich na drogę wiary i Boga stara się nawrócić Joana - urzędniczka do spraw rozwodów i głęboko religijna osoba. Pomaga innym, angażuje się w różne inicjatywy, jak ta, która wspiera pary w pozbyciu się problemów w związku i oddalenie od nich wizji rozwodu (co z tego, że wygląda to wszystko dosyć sekciarsko). Mimo tej całej dobroci i empatii w stosunku do drugiego człowieka Joana nie dostąpiła najważniejszego dla niej przejawu łaski Bożej - nigdy nie zaszła w ciążę. A w tym społeczeństwie ciężarna kobieta w związku małżeńskim posiada szczególny, uprzywilejowany status. Posiadanie dzieci to jej powinność, która czyni związek - dosłownie - pełnoprawnym. Mascaro wypracował z pieczołowitością i dbałością o scenograficzne detale swoją wizję. Wspaniale się tę opowieść chłonie, doceniając jego hipnotyzujące, wizualne wyrafinowanie. Nawet jeśli szwankuje ona gdzieś na poziomie ostatecznej wymowy filmu (Brazylijczyk jednak nie jest zbyt zręcznym filozofem), zaś osobliwy narrator z offu okazuje się całkowicie zbędny, to dojrzałe, przemyślane i naprawdę efektowne kino.