your movie guide

Twój progres

0%

Oceniłeś 0/15 filmów. Oceń 15 więcej & sprawdź co obejrzeć dziś wieczorem!

Berlinale 2019: Fatih Akin, Quan'an Wang, Jonah Hill

DER GOLDENE HANDSCHUH reż. Fatih Akin Konkurs Główny

Jeśli ktoś przy okazji "Domu, który zbudował Jack" poczuł, że tu Lars von Trier zdeptał jego strefę filmowego komfortu, Fatih Akin podjął rękawicę i poszedł jeszcze dalej niż etatowy skandalista europejskiego kina. Wbrew współczesnej popkulturze, która - często z niebezpiecznie ambiwalentnym skutkiem - odrealniała postacie seryjnych morderców, czyniąc z nich quasi celebrytów, niemiecki Turek też idzie całkowicie pod prąd tym trendom. Biorąc za punkt wyjścia autentyczną postać Fritza Honki, który w latach 70. dopuścił się wielu mordów w Hamburgu, zaproponował interpretację jego historii wielekrotnie przekraczającą nie tylko poczucie dobrego smaku, ale i wszelkie granice przyzwoitości. Czujcie się ostrzeżeni. 

Główny bohater (oszpecony przez charakteryzację Jonas Dassler) to wyjątkowo obleśny morderca straszych, zaniedbanych kobiet, zaś cieszące się złą sławą St. Pauli i tytułowy bar Złota Rękawica wyglądają tu, jakby ktoś robił sobie makabryczny żart z nostalgicznej estetyki Kaurismakiego. To świat wypełniony totalnymi degeneratami, z którego ulatnia się odrzucający smród moralnej zgnilizny. Niewiele brakuje, byśmy mogli go poczuć z ekranu. Akin z premedytacją epatuje brzydotą, która jest wspólnym mianownikiem Honki, jak i jego sponiewieranych ofiar z półświatka hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Zło ocieka u niego najohydniejszymi płynami ustrojowymi, zbrodnia to spektakl ohydy i fizjologicznej groteski, powtarzanych w kółko morderczych szaleństw, wyrosłych z gniewu, zakompleksienia i fizyczno-emocjonalnej impotencji. Dzięki tym wszystkim potwornościom "Złota Rękawica" zyskuje wymiar wyjątkowej, groteskowej komedii. Wytarzanej w - za przeproszeniem - śmierdzących fekaliach, ale idącej całkowicie pod prąd gatunkowym kliszom. Śmiałą prowokację Fatiha Akina radzę odbierać z dużym dystansem i raczej pustkim żołądkiem. Tylko bowiem tak można docenić reżyserski kunszt, który w tak obrzydliwy, a zarazem sprytny sposób wyśmiewa zło i zohydza paskudne zbrodnie.

ÖNDÖG reż. Quan'an Wang Konkurs Główny

"Öndög" zaczyna się, jakby aspirował do miana mongolskiej wariacji na temat Ceylana i "Pewnego razu w Anatolii". Na wietrznym, opustoszałym stepie leży ciało młodej, nagiej kobiety. Pierwsi, którzy je znajdują, wycofują się nie chcąc pakować się w kłopoty. Kolejni już muszą coś zrobić, bo są policjantami, którzy też na zwłoki natknęli się przypadkowo. Na to pustkowie trzeba sprowadzić ekipę techniczną, co zajmie trochę czasu. Zadecydowane zostaje, że ciała przez noc pilnować będzie młody aspirant, któremu asystować ma jedyna mieszkanka tej okolicy - rezolutna trzydziestolatka. Szybko staje się jasne, że to nie martwa kobieta znajdzie się w centrum wydarzeń, ale ta żywa. Sprawa morderstwa zostaje dość szybko wyjaśniona, ale zimna noc na stepie będzie mieć swoje donośne dla bohaterów konsekwencje. Quan'an Wang (twórca niegdyś głośnego "Małżeństwa Tui") zamiast mrocznego kryminału w egzotycznej scenerii mongolskiego stepu stworzył etnograficzną fraszkę z uroczym humorem punktującą paradoksy tego kraju. Miejsca, gdzie dostępne są tabletki wczesnoporonne i nawet do położonej pośrodku niczego jurcie dociera zasięg telefonu komórkowego, satelitarnej telewizji i fotowoltaiczne panele, ale jej mieszkanka nie jest w stanie bez męskiej pomocy ugotować sobie posiłku, bo nie może samodzielnie zarżnąć owcy na kolację. W przywodzących na myśl wspaniałą "Agę" Lazarova malowniczych, szerokich kadrach i majestatycznych zachodach słońca jak w "The Rider" Zhao nie kryje się jednak żadna poważniejsza głębia i uniwersalne przesłanie. To film z lekkością i sympatycznym dowcipem, ale pozbawiony fabularnej płynności, zanurzający się w lokalnych legendach o prastarych skamielinach i dinozaurach, ich symbolice, ale nie wychodzący poza status ciekawostki z filmowo egzotycznego państwa.

MID 90S reż. Jonah Hill Panorama

Reżyserski debiut Jonah Hilla - do tej pory znanego ze swoich aktorskich popisów - to kino wskrzeszające ducha kultowych “Dzieciaków” Lee Clarka, choć unikające jego surowego naturalizmu, ale tak samo szczere i niewymuszone. Oddające z duchologiczną wrażliwością i miejską melancholią zeitgeist konkretnej epoki – lat 90., uosabianych przez ściany magnetofonowych kaset, spodnie z krokiem w kolanach, nabożne czczenie sprezentowanego przez rodziców discmana. Hill wpisuje opowieść o dojrzewaniu w pokrytą zakurzonym pluszem, nostalgiczną narrację – nieprzeciągniętą w żadnym elemencie filmowej sztuki. Wyrastającą tyleż ze wspomnianego Clarka, ile z wczesnego van Santa, pozbawionego rasowego balastu Spike’a Lee, mglistych dziś już wspomnień o Rivierze Phoenixie. Jest w tym sporo magii i prostej prawdy. 

Zaloguj się aby skomentować lub połącz przez Dołącz przez Facebook