Berlinale 2019: życie ukryte w słowach

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Najbardziej intrygujący tytuł berlińskiego konkursu to "Synonimy" - kino łączące w sobie cechy rozgorączkowanego manifestu, społecznej krytyki i artystycznego eksperymentu. Bardzo świeże i odważne w swojej krzykliwej formie. Tyleż ożywczej, ileż do bólu zmanierowanej.

Nadav Lapid należy bez wątpienia jednego z ciekawszych, współczesnych filmowców, którego produkcje stanowią osobliwą formę filmowej sztuki. A o tym, że potrafi ona fascynować niech świadczy fakt, iż "Przedszkolanka" Lapida z 2014 roku doczekała się już swojego amerykańskiego remake'u. Docenionego w Sundance w roku ubiegłym, gdzie w rolę główną wcieliła się Maggie Gyllenhaal.

Irracjonalność na granicy szaleństwa to wspólny mianownik większości bohaterów filmów urodzonego w Izraelu reżysera. W tych rejestrach oscyluje również psychika Yoava (Tom Mercier) - młodego, ładnego Żyda, który bez grosza przy duszy opuścił swoją ojczyznę, przyleciał do Paryża z postanowieniem zostania Francuzem. Gdy po początkowych trudnościach chłopak zostanie - dosłownie - odziany i nakarmiony przez parę zblazowanych Paryżan, Emile i Caroline, rozpocznie swoją misję z podręcznym słownikiem w ręce. Yoav uczy się słówek, chłonie miasto, spędza czas ze swoimi francuskimi wybawcami. Geneza jego łakomstwa we wchłanianiu obcej narodowości i zaprzeczeniu dotychczasowej kryje się w potoku słów i historii, które Yoav opowiada. Wyłania się z tych fantazyjnych opowieści obraz człowieka z głęboką traumą po doświadczeniu obowiązkowej służby w izraelskim wojsku, niezdolnego do pogodzenia się z sytuacją własnego kraju, będącego w stanie permanentnego zagrożenia.

Wariactwo bohatera oddaje równie ekspresyjny montaż i niespokojna praca kamery - niemalże ciągle w ruchu, łapiącą nienaturalne kąty i Yoava w dziwnych sytuacjach. Stresujących, seksualnych, ale i żartobliwych. Lapid wychodzi jednak znacznie poza ramy kina o zagubionej tożsamości, gdzieś w połowie filmu ostro skręcając ku atakowi na państwa i instytucje. Krytyka to rozległa, bo dotyka zarówno ojczyzny reżysera, choć ta najbardziej widowiskowa objęła Francję z jej procedurami dla legalizujących swój pobyt emigrantów. Ten jakże ważki współcześnie wątek Lapid potraktował z zaskakująco przebojową swadą, więcej tu absurdalnego dowcipu niż wbijania szpil w urzędnicze konwenanse.

"Synonimy" to pewno jeden z bardziej intrygujących tytułów tegorocznego Berlinale, który już zdążył podzielić festiwalową publikę. Przewiduje się nawet w tym przypadku nagrodę reżyserską dla Nadava Lapida. Pomimo świeżości i oryginalności jego filmowego głosu, mi się ten film wydał straszliwie zmanierowany i męczący. Śledząc z zaciekawieniem perypetie młodego Żyda na ulicach Paryża, towarzyszyło mi uczucie, że Lapid nadmiernie eksploatuje tę postać, a zwłaszcza grającego go z odwagą i chłopięcą naiwnością Toma Merciera. Formalne prowokacje szybko przestały dodawać mi zastrzyku adrenaliny. Z biegiem czasu stawały się coraz bardziej nieznośne. Inność w kinie to dobra rzecz, ale trzeba wiele wysiłku, by nie stanowiła ona sztuki dla sztuki.