BERLINALE 2020: TSAI MING-LIANG, DELEPHINE/KERVERN, D'INNOCENZO

Data:

RIZI
reż. Tsai Ming-Liang
Konkurs Główny

Znajoma twarz Lee Kang-shenga. Mężczyzna patrzy za szklaną szybę z fotela w pustym domu. Pada deszcz, wieje wiatr, ale dookoła przygnębiająca cisza. Nie trudno odgadnąć, że takich dni w życiu bohatera nowego filmu Tsaia Ming-Liang jest wiele. Nuda, pustka i te nieznośne bóle pleców. Ponad 50-letni, ulubiony aktor tajwańskiego mistrza ciągle wygląda atrakcyjnie i przyciąga uwagę swoją nienaganną sylwetką. To, co widać z zewnątrz bywa jednak zwodnicze, bo we wewnętrzu ciało Lee Kang-shenga nieco się psuje. Inspiracją dla "Rizi" były faktyczne perypetie zdrowotne aktora, który nabawił się bolesnych problemów z plecami i kręgosłupem. Doświadczenia związane z rehabilitacją wykorzystał zarówno Lee, jak i Tsai. Drugim bohaterem filmu jest inny samotnik, Anon (Anong Houngheuangsy), któremu przyglądamy się, gdy przygotowuje składniki na potrawę rybną i warzywną zupę. Młody mężczyzna pracuje starannie, w skupieniu i odosobnieniu. Jego drogi przetną się w końcu z cierpiącym Kangiem. Cicha kontemplacja nad ciałem, jego ograniczeniami i niedyspozycjami. Rachityczna zaduma nad alienacją, która chyba jeszcze nigdy u Tajwańczyka nie miała tak fizycznego wymiaru. W "Rizi" mamy wszystko to, co stanowi wizytówkę niepodrabialnego stylu i wyciszonego kina Tsai Ming-Lianga, brakuje w nim jedynie emocji. Wybrzmiewają one z odpowiednią mocą jedynie w finale filmu, kiedy ciężar opowieści przenosi się na postać młodego Anona, co daje nadzieję na zmianę warty w tajwańskim układzie mistrza slow cinema. Gdy reżyser skupia się na Kangu i jego rehabilitacyjnych aktywnościach, więcej w tym przyziemnej dokumentalistyki, aniżeli "Tsaiowej" metafizyki, a tego pierwszego w filmie jest po prostu dużo więcej.

 

EFFACER L'HISTORIQUE
reż. Benoît Delépine, Gustave Kervern
Konkurs Główny

Para reżyserska Benoît Delépine i Gustave Kervern po raz trzeci pojawiła się w konkursie na Berlinale, choć ciężko przypomnieć sobie jakikolwiek ich film. Trzymam kciuki, by z "Effacer l'historique" było inaczej, bo ta niepozorna komedia absurdów komentuje aktualne czasy dużo celniej niż nie jeden, poważny dramat. Przygląda się prowincjonalnej egzystencji trójki nieudaczników, których problemy wynikają przede wszystkim z naiwności w podejściu do narzędzi, bez których biegłej znajomości współcześnie przetrwać się po prostu nie da. 

Uzależniona od seriali Christine (Corinne Masiero) straciła pracę, bo zamiast się nią zajmować, oglądała kolejne odcinki "House of Cards". Teraz została kierowcą w firmie pokroju Ubera, ale nie może przeboleć niskich ocen od swoich pasażerów, które traktuje śmiertelnie poważnie. Marie (Blanche Gardin) opuścili mąż i syn, a ponieważ nigdy nie pracowała, ciężko jej wiązać koniec z końcem. W internecie sprzedaje stare meble, ale to zdecydowanie za mało, by spłacić szantażystę, który ją wykorzystał i nagrał sex taśmę z jej udziałem. Bertrand (Denis Podalydès) popadł w długi, bo nie potrafi odmawiać telefonicznym ofertom. Związał z dzwoniącymi telesprzedawcami tak mocno, że fantazjuje nawet o związku z jedną z konsultantek. Jego córka stała się ponadto ofiarą cyberagresji i nie chce wrócić do szkoły. Ta trójka wpada na całą masę irracjonalnych pomysłów, jak wydostać się z kłopotów, ale zamiast tego pakuje się tylko w nowe. 

Cała recenzja >>>

 

FAVOLACCE
reż. Fabio & Damiano D’Innocenzo
Konkurs Główny

Gorące lato na rzymskich przedmieściach. Żar się leje z nieba, słońce pali w twarz. Sepiowe barwy prześwietlają też filmową taśmę. Idealna sceneria dla jakiejś pogodnej historii, ale dla braci D’Innocenzo wprost przeciwnie - osiedla domków rodzinnych to siedlisko prawdziwych patologii. Miejsca, gdzie nie tylko za zamkniętymi drzwiami nie dzieje się nic dobrego. Bierna agresja dorosłych, ich skrywana nieżyczliwość i zazdrość, ukryte grubiaństwo i finezyjne zakłamanie, wyrastające z braku ekonomicznej stabilności i egoistycznej chęci popisywania się przed sąsiadami, a niestety zatruwające egzystencję ich dzieciaków. Todd Solondz lubi to, bo "Favolacce" proponuje wizję wyjątkowo pesymistyczną i ocenę tej mikrospołeczności bardzo surową. Dorastanie młodych bohaterów filmu ma albo gorzki, albo kwaśny smak. Dorośli zaś tworzą - wszyscy bez wyjątków - galerię typów antypatycznych i odpychających. Rodziców okropnie nieidealnych i fatalnych w swych ojcowsko-matczynych rolach. Podobne błędy za uszami mają też bracia D’Innocenzo, którzy nie tylko zbyt łatwo czerpią wzorce z amerykańskiego kina demaskującego spokój życia na leniwych przedmieściach, ale też wyjątkowo dziwnie opowiadają swoją historię. Godzina filmu to typowa ekspozycja, przedstawienie tego szpetnego świata. Właściwie nie ma tu żadnego środka, przeciągnięcia akcji, dostajemy więc od razu niepokojący i całkiem przewidywalny finał, który niby wisiał w powietrzu, ale dzieje się nagle i znienacka, bez większego umocowania narracyjnego. Nagroda za scenariusz na Berlinale? Wolne żarty. Ktoś tu chyba też nawdychał się za dużo tego nawozu do roślin ogrodowych.