CANNES 2019: SCIAMMA, DESPLECHIN, MIDI Z, FINNEGAN

Data:

PORTRAIT DE LA JEUDE FILLE EN FEU
reż. Céline Sciamma

Konkurs Główny

Kostiumowy melodramat to nie jest najbardziej zachęcający epitet, jakim można zaprosić na filmowy seans. Dlatego w przypadku "Portrait de la jeune fille en feu" nie dajcie się zwieść pozorom. Céline Sciamma wielokotnie udowadniała, że walczy o kobiety w kinie. Po obu stronach kamery. Jej poprzednie filmy, z "Chłopczycą" i "Dziewczynami z bandy" na czele, stanowiły swoiste manifesty kobiecej siły i kreatywności. Tętniły feministyczną energią, która  nigdy nie ocierała się o zacietrzewioną propagandę. W swoim najnowszym dziele kontynuuje tę misję, choć jednocześnie proponuje podejście wyjątkowo wyrafinowe i dojrzałe. Wykorzystała bowiem konwencję melodramatu i estetykę kina kostiumowego w absolutnie inspirujący sposób. Zgadza się - historia płomiennego romansu i temat niemożliwej miłości wcale nie są tu najważniejsze.

Cały tekst >>>

 

ROUBAIX, UNE LUMIERE
reż. Arnaud Desplechin

Konkurs Główny

Film-pomyłka. "W-11 Wydział Śledczy" w wersji kinowej. Rozgrywający się w dzielnicy nędzy i rozpaczy nieopodal Lille i granicy francusko-belgijskiej. Fotografowana nocą, z tlącym się tu i ówdzie ogniem - dosłownym, bo przestępczość wiąże się tam z pożarami, ale i metaforycznym. Roubaix to istna beczka prochu, którą przed spektakularnym wybuchem chronią niezłomni stróże prawa. Ludzie z zasadami, o nieskalanej moralności i poczuciu obowiązku. Pewnie dlatego większość filmu zajmuje żmudna, pozbawiona życia policyjna procedura, mająca rozwikłać zupełnie nieinteresującą i pozbawioną grama dramatyzmu zagadkę śmierci starszej pani, o co podejrzane są jej dwie młode sąsiadki. Jedną z nich gra Léa Seydoux. W trakcie przesłuchań policjanci - jak w groteskowo złym teatrze - odgrywają role dobrych i złych glin. Niczym dobry ojciec nad swoimi śledczymi, ale też podejrzanymi czuwa szef jednego z posterunków. Literalnie więcej życia mają postacie oraz historie pokazywane w miernych, telewizyjnych docudramach. Do Arnaud Desplechina wędruje w tym roku nagroda dla najgorszego filmu konkursu. 

 

NINA WU
reż. Midi Z

Un Certain Regard

Znany z realistycznych filmów o Birmie, Midi Z prezentuje zupełnie nowe oblicze. Jedzie do Tajwanu, by opowiedzieć Lynchowski w duchu, skąpany w neonowej psychodelii thriller w noirowym nastroju o aktorce w wielkim mieście marzącej o karierze w blasku fleszy i popularności liczonej nie tylko followersami na Instagramie. Nina czekając latami cierpliwie na swoje 5 minut sławy, gdy w końcu je dostaje, próbuje zmierzyć się z ciężarem ceny, jaką za marzenia przyszło jej zapłacić. Azjatycki reżyser tworzy zagadkową, gęstą narrację, pełną niedopowiedzeń i zagadek. Wrzuca ją w realistyczny, współczesny kontekst. Sięga nawet po parabolę ambiwalentnej natury filmowego planu, gdzie fikcja miesza się z rzeczywistością. Dzięki temu kreuje wrażenie ambiwalentnego ślizgania się po dwóch, równoległych warstwach - rzeczywistej i tej drugiej, iluzyjnej. Ta osobliwa podróż nie do końca bywa spełniona, czasem Midi Z sprawia wręcz wrażenie zagubionego w swoim własnym pomyśle. "Nina Wu" bywa też za często więźniem estetycznej stylizacji, ale na jednym polu okazuje się całkowicie bezbłędna. Ten film to triumf Wu Ke-Xi w tytułowej roli. Jej niezwykłej prezencji, serca oddanego postaci, wspaniałej urody. Bez niej nie miałby on praktycznie racji bytu. 

 

VIVARIUM
reż. Lorcan Finnegan

Semaine de la Critique

Ćwiczenie z modernistycznej dekonstrukcji horrorowych motywów. Młoda para rozważa zakup własnego domu, co kieruje ich do przedstawicielstwa tajemniczego dewelopara. Pośrednik proponuje im natychmiastowe obejrzenie nieruchomości na miejscu. Tak Gemma (Imogen Poots) i Tom (Jesse Eisenberg) trafiają na osiedle diwacznych, takich samych ulic, na których znajdują się identyczne domy jednorodzinne z patalogicznie sterylnymi wnętrzami. Dość szybko dla bohaterów ich wspólne marzenie o własnym kącie zamienia się w koszmar w duchu Ballardowskiej literatury fantastycznej. Lorcan Finnegan poświęca dużo uwagi czysto estetycznym walorom swojego filmu. Nie można mu odmówić dopieszczenia pod tym względem. Ale podobnie jak z "Little Joe" Jessiki Hausner "Vivarium" zmierza trochę do nikąd, jest puste w środku. Gdyby znalazło się jako jeden w odcinków uniwersum "Black Mirror", też nie było najmocniejszą produkcją w stawce.