CANNES 2019: SULEIMAN, BELLOCCHIO, KECHICHE

Data:

IT MUST BE HEAVEN
reż. Elia Suleiman

Konkurs Główny

Wracający po 10 latach uroczy komediant, Elia Suleiman, wyjeżdża z Palestyny, by szukać nowego domu. Rozbrajające swoją lekkością i bezpretensjonalnym humorem "It Must Be Heaven" tłumaczy też, dlaczego ten nietuzinkowy reżyser tworzy filmy tak rzadko. W Nazarecie granemu przez Elię Suleimana Eli Suleimanowi nagle wszystko wydaje się jakieś wrogie i nieprzyjemne. Sąsiad notorycznie podkrada cytryny z jego ogrodu, bezczelnie się z tym nie kryjąc. Policja nie reaguje na akty wandalizmu w lokalnych miejscach kultu. Do groźnych scysji dochodzi nawet w porządnych restauracjach, gdzie klienci reagują agresją wobec jej właściciela z powodu własnej, kulinarnej ignorancji. Palestyna doesn't feel like home anymore. Suleiman pakuje więc walizkę i wyjeżdża najpierw do Europy, potem do Nowego Jorku. Szukając alternatywy dla swojej ojczyzny, przekonuje się jednak, że nie tylko gdziekolwiek nie pojedzie świat ze swoimi nadgorliwymi kontrolami, policyjną czujnością, wrogością wobec nieznajomych niczym nie różni się od wymęczonej wiecznym konfliktem jego cząstki Bliskiego Wschodu. Ale też że Palestyna pozostanie z nim na zawsze.

Cały tekst >>>

 

IL TRADITORE
reż. Marco Bellocchio

Konkurs Główny

Romantyczna historia Tomasso Buscetty (świetny Pierfrancesco Favino) - nawróconego, prominentnego członka sycylijskiej mafii, który zniesmaczony chciwością i rosnącą brutalnością swojej "rodziny" złamał osławioną omertę - zmowę milczenia i odwrócił się od cosa nostry. Współpracował z policją, zeznawał przed sądem. Został objęty wraz z żoną i najmłodszymi dziećmi programem ochrony świadków, ale doprowadził do skazania wielu dawnych współpracowników. Do końca życia musiał oglądać się za plecy. Zdając sobie sprawę z wyroku, jaki swoją decyzją na siebie wydał, Buscetta publicznie zachowywał dumę i buńczuczne nastawienie. Wierzył, że to on reprezentuje wartości sycylijskiego kodeksu, a wszyscy, których doprowadził się do skazania, się mu sprzeniewierzyli. Weteran włoskiego kina, Marco Bellocchio, połączył drobiazgową, filmową rekonstrukcję policyjnego śledztwa i relacji z sądowej sali ze staromodnym kinem gangsterskim. To film elegancki i klasyczny, dlatego też zupełnie nieefektowny, w czym drzemie jego siła i jego siłabości. Najciekawiej patrzy jednak Bellocchio na Buscettę, który dokonuje śmiałej wolty, odrzuca to, kim był oraz co mu potem ostatecznie pozostało.

 

MEKTOUB, MY LOVE: INTERMEZZO
reż. Abdellatif Kechiche

Konkurs Główny

Seria Abdellatifa Kechiche'a zaplanowana została na trzy części. Pierwsza okazała się fajowym, bezpretensjonalnym pamiętnikiem z wakacji, zmysłowym studium młodości i roztańczoną dyskoteką. W "Intermezzo" została właściwie tylko dyskoteka. I kobiece pośladki. Dużo kobiecych pośladków. Nie od dziś wiadomo, że Kechiche ukrywa w sobie małego zboczeńca i fascynują go kobiece krągłości. Czasem wręcz można odnieść wrażenie, że tylko po to, by sobie na nie popatrzeć, uprawia zawód reżysera. W "Intermezzo" przekracza jednak nie tylko granice dobrego smaku, ile granicę złego filmu. Zabarwione tanią erotyką i opowiadane w słońcu historie bohaterów z "Canto Uno", w nowej fabule właściwie się nie rozwiją. Starczyłoby ich na skromną krótkometrażówkę skoncentrowaną na rozterkach Ophélie - romansującej z bawidamkiem Tonym i zaręczonej z jego przyjacielem, komandosem na misji. Nie ma jednak takich problemów, o których nie można by zapomnieć w tanecznym twerkingu, zabawie na dyskotece i przypadkowym seksie w toalecie z kolejnym kumplem ze swojej paczki. Kechiche nie byłby zaś sobą, gdy temu ostatniemu epizodowi nie poświęcił dostatecznej uwagi i na chwilę (kilkunastominutową) nie zamienił "Intermezzo" w film pornograficzny. Ciekawe, czy ktoś się tu bawił na tyle dobrze, by dać reżyserowi środki na część trzecią.