CANNES 2019: Znikający Punkt

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Początek festiwalu w Cannes uderzył widzów w głowę brazylijskim "Bacurau" w reżyserii Klebera Mendonça Filho i Juliano Dornellesa. Wybuchową i dziwaczną mieszanką Peckinpahowskiego antywesternu, futurystycznej przypowieści społecznej i dusznego kampu ala Robert Rodriguez. 

W kosmosie funkcjonuje wiele małych wspólnot, jak gwiazdy wszystkie są do siebie podobne, ale jednocześnie każda z nich jest wyjątkowa. To zdają się mówić twórcy, gdy dosłownie z poziomu kosmicznego spadają na ziemię, na pustynno-górzyste terytorium zachodniej Brazylii, gdzie położone jest tytułowe, acz fikcyjne Bacurau. To tak naprawdę mała, zakurzona wioska z jedną ulicą, kościołem, sklepikiem, burdelem. Okolica definitywnie pożyczona z westernowych elementów obowiązkowych. Brakuje tu chyba tylko prawego szeryfa na posterunku tym bardziej, że okolicę zamieszkują nie tylko farmerzy, szalona lekarka, prostytutki i zawadiacki bard z gitarą, ale też wywodzący się z tego miejsca i znani na cały kraj kryminaliści. Coś, co tu nie gra, to latający nad głową dron w kształcie statku kosmicznego. 

Gdy umiera seniorka Bacurau, zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Miejscowość znika z elektronicznych map, przestają działać telefony komórkowe. Gdy znalezione zostają pierwsze ciała, staje się jasne, że ktoś próbuje unicestwić wioskę i jej mieszkańców. W obliczu zagrożenia ci więc muszą się zjednoczyć, by zachować szansę na przetrwanie. W tle słyszymy o kryzysie politycznym, problemach z dostępem do wody, zatargach z miejscowym politykiem, ale co zagraża Bacurau na początku nie do końca wiadomo. Podpowiedź: nie ma szans, byście się tego praktycznie do samego końca domyślili.

Filho i Dornelles nie kryją się ze swoimi intencjami. Jak w poprzednich filmach opowiadają się po stronie pierwotnych wspólnot. Stają się rzecznikami  zbiorowości zastanych i ich praw do niczym niezakłóconego trwania. Opowiadają jednak tę historię w totalnie ekscentryczny sposób. Brną w jeden znany schemat, np. westernu czy fabuły typu home invasion, bez żalu i przygotowania nagle go porzucając. Proponują wątki, które niespecjalnie pasują do tego, co wcześniej działo się w filmie. Prowadzą narrację wybitnie dysharmonijną i mało skorelowaną. Bywają ordynarnie kiczowaci. Robią to wszystko natomiast z taką śmiałością i świadomością niedoskonałości i kontrowersyjności filmowej materii, że dość szybko wciągają widza w tę opowieść, czyniąc z niego kogoś na kształt zapalonego szalikowca tych, którzy bronią się przed inwazją z zewnątrz i po których stronie stoją sami twórcy. A gdy głowa gorąca i rozemocjonowana, nie roztrząsa się przecież nad logiką zdarzeń. W kinie często oglądamy produkcje gatunkowo jasno ukierunkowane, jak i filmy społecznie zaangażowane. Brazylijczycy już nie po raz pierwszy (bo przed nimi byli choćby rodacy Filho i Dornellesa Marco Dutra i Mariana Rojas) pokazują, jak intrygująco dekonstruować schematy i burzyć zastane, filmowe porządki.