Na horyzoncie widziałam (2/2019): mistrzowie na horyzoncie!

Data:

IN FABRIC
reż. Peter Strickland

Mistrzowie

W horrorach różne rzeczy zabijały bohaterów - zabawki, samochody, a nawet pomidory! Kwestią czasu było, gdy to odzież otrzyma mordercze właściwości. Nikt nie robi takich filmów jak Peter Strickland. Stanowią one ucztę dla zmysłów, podnoszą do rangi sztuki B-klasowe klisze i redefiniują klasyczne ramy gatunku. Ta klasyka, po którą sięga Brytyjczyk, to oczywiście w pierwszej kolejności giallo i Dario Argento, których jednakowoż nigdy nie traktuje on jak materiału z - nomen omen - wyprzedaży. "In Fabric" to vintage'owy horror kostiumowy, nie per se, bo epoka, do jakiej się cofamy to raptem lata 80. Sercem filmu jest osobliwy dom handlowy z wiecznie przecenioną odzieżą. W telewizji śmiga powodująca zawrót głowy, psychodeliczna reklama tego przybytku, a rolę ekspedientek pełnią w nim kobiety o charyzmie żywych manekinów. Ubrane w wiktoriańskie kreacje i recytujące do klientek dziwaczne formułki - miks XIX-wiecznej poezji i reklamowych haseł z lat 90. To tutaj trafia Sheila (Marianne Jean-Baptiste) - rozwódka w kwiecie wieku, która właśnie szykuje się na pierwszą po odejściu męża randkę w ciemno. Jej uwagę przykuwa efektowna, czerwona sukienka. Gdy już ją nabędzie, szybko odkryje, że nie jest to zwyczajny fatałaszek oraz że bardzo trudno będzie się tej przeklętej kreacji pozbyć. W "In Fabric" spotykają się okultystyczne wątki "Suspirii" i gatunkowa satyra na konsumpcjonizm w stylu George'a A. Romero. Łączą się one w efektowny, barokowy spektakl z piękną stroną wizualną, żywą kolorystyką, fascynującą ścieżką dźwiękową, nienaganym aktorstwem. Fantasmagoryczny nastrój filmu fajowo rozsadza wybornie groteskowy humor. Makabreska i kicz jeszcze nigdy nie były tak atrakcyjnie ubrane jak u Stricklanda.

 

ZA PÓŹNO, BY UMRZEĆ MŁODO
reż. Dominga Sotomayor

Mistrzowie

Sepiowe wspomnienie melancholijnego lata 1990 roku, kiedy to po czasach mroku i brutalnej dyktatury w Chile do życia budziły się społeczne wspólnoty, ludzka życzliwość i poczucie bezpieczeństwa, przez dekady tłumione przez autorytartny reżim. To jednak nie polityczny, ani choćby społeczny kontekst zajmuje uwagę Domingi Sotomayor. Niegdysiejsza laureatka konkursu na Nowych Horyzontach przygląda się nastoletniej Sofii, dla której te wakacje będą inne niż wszystkie. Dziewczynie ciążą nie tylko rozterki związane z wakacyjnym, miłosnym romansem i stawianiem pierwszych kroków w dorosłość, ale przede wszystkim niepozałatwiane sprawy z rodzicami – rozgoryczenie przeciętnością ojca oraz nadzieja na odzyskanie bliższych kontaktów z wiecznie nieobecną matką, która złożyła córce obietnicę, lecz nie wiadomo, czy i tym razem jej dotrzyma. Przez za długą chwilę film bije takim wyjątkowo niespiesznym, leniwie wakacyjnym rytmem, który może nieco usypiać, narracja bywa ospała, a charakterystyka bohaterów zbyt delikatna i szkicowa, ale finał perypetii Sofii i jej otoczenia na wiejskiej imprezie, na którą czekali tego lata wszyscy, choć nikt z ostentacyjnym entuzjazmem tego nie przyzna, stanowi wspaniały punkt kulminacyjny tej historii. Taki, w którym wszystko wspaniale się zaziębia, znajduje swoje miejsce – nie zawsze po myśli zwłaszcza młodych bohaterów, nie tracąc praktycznie nic ze swojej rozmarzonej, wakacyjnej poetyki.

 

GRETA
reż. Neil Jordan

Mistrzowie

Isabelle Huppert, Chloë Grace Moretz i Neil Jordan za kamerą, a jednak wszystko, co mogło w przypadku tego filmu pójść nie tak, poszło nie tak. "Greta" aspiruje do miana thrillera o Hitchcockowej proweniencji, ale jest raczej niestrawną, B-klasą pulpą, pozbawioną nawet elementu komicznego, który wypełniłby dziurę po tandetnych kliszach i braku jakiegokolwiek napięcia. Huppert wciela się tu w rolę emigrantki z Węgier, która opracowała "torebkowy" system angażowania w swoje samotne życie młodych dziewczyn, którym mogłaby matkować. Ma to oczywiście swoje konsekwencje, zwłaszcza wtedy gdy afekt i zaangażowanie w relację są różne po obu stronach. Z sympatycznej, starszawej pani kobieta szybko zmienia się w psychopatyczną stalkerkę. Zauważyłam, że Huppert gdy gra w kiepskich filmach (nie tylko "Greta", bo ostatnio były jeszcze "Eva" Jacquota i "Frankie" Sachsa), sprytnie buduje swoje bohaterki na mocno ironicznej nucie. Ratuje w ten sposób swoją rolę, ale już nie cały film. W przypadku produkcji Jordana aktorstwo Francuzki wygląda bowiem, jak przygotowane do innej fabuły - lżejszej i bardziej rozrywkowej, a "Greta" to przecież doskonale nijaki thriller. Okrutnie nudny w swojej powadze i podążaniu za schematem, który nie potrafi nawet fajnie mrugnąć okiem do widza, by stworzyć wrażenie, że w tej sztywności narracyjnej jest jakaś zgrywa.