Lili, on wróci...

Data:
Ocena recenzenta: 10/10

Są takie filmy, które powodują, że nie wychodzimy z kina czy nie odchodzimy od telewizora pomimo tego, że napisy końcowe dawno się skończyły. Tkwimy w miejscu i próbujemy sobie uzmysłowić, dlaczego akcja w filmie potoczyła się tak, a nie inaczej. We mnie takie emocje najczęściej wywołują francuskie dramaty. Z prostego powodu - akcja zazwyczaj toczy się tu bardzo powoli, a koniec jest tak szybki i często bardzo dramatyczny, że widz nie zdąży go nawet przetrawić, a już widzi przed sobą owe napisy końcowe. Do takich filmów należy "Je vais bien, ne t'en fais pas"*.

Akcja filmu rozpoczyna się na dworcu autobusowym, gdy bohaterka wraca z Barcelony. Czekają tam na nią zatroskani rodzice. Jednym z pierwszych pytań Lili do rodziców, jest pytanie o brata. Okazuje się, że Loic pokłócił się z rodzicami i uciekł z domu. Lili nie może się pogodzić z tym, że brat nie daje znaku życia. Nie radzi sobie z tym, zaczyna mieć problemy zdrowotne, ląduje w szpitalu. Wtedy następuje przełom, otrzymuje od brata list i postanawia go odnaleźć.

"Je vais bien, ne t'en fais pas" jest przede wszystkim historią o rodzinie. Na pierwszy rzut oka nie jest to szczęśliwa rodzina, nie wyznają sobie zbyt wiele uczuć, nie ma pomiędzy nimi widocznych więzi. Ale rodzice - Paul i Isabelle chcą dla Lili jak najlepiej. Posuną się bardzo daleko, by ich dziecko nie cierpiało. W pewnym momencie bohaterka ma tego dość i wyprowadza się. Oprócz rodziców Lili może polegać na Lei, którą poznała w Barcelonie oraz jej chłopaku - Thomasie. Kiedyś polegała na swoim bracie, dlatego tak ważne dla niej jest odnalezienie Loica.

Film tak bardzo mnie zaintrygował, że postanowiłam sięgnąć po książkę. Nie doczekała się polskiego tłumaczenia ani nawet angielskiego. Z opisu książki wynika, że Lili i Loic byli bliźniakami, stąd można wywnioskować, że łączyła ich naprawdę mocna więź.

Główną rolę gra Melanie Laurent, znana głównie z Bękartów wojny. Za swoją rolę otrzymała nagrodę Cezara w kategorii "Najbardziej obiecująca aktorka". Za rolę drugoplanową został wyróżniony Cezarem Kad Merad, który grał ojca Lili. Warto również zwrócić uwagę na muzykę. Autorem ścieżki dźwiękowej był Nicola Piovani, ale w filmie mogliśmy usłyszeć dwie kompozycje francuskiej grupy Aaron, której członek zespołu graj przyjaciela zaginionego Loica. Piosenki "U Turn (Lili)" oraz "Mister K" idealnie wpasowały się w klimat filmu.

Jeśli chodzi o moje odczucia po obejrzeniu tego filmu - są mieszane. Z jednej strony polecam go wszystkim, bo to jeden z lepszych dramatów, jakie widziałam, a także jedyny, który oglądałam tak wiele razy. Z drugiej strony nie wiem czy warto komuś życzyć takiego targania emocji, jakiego ja doświadczyłam. Długo nie mogło do mnie dotrzeć zakończenie filmu, a później rozmawiając z kolegą, który ten film mi polecił, próbowaliśmy odpowiedzieć sobie 'dlaczego?'. Do dziś nie potrafimy odpowiedzieć na to pytanie. Ale oboje zakochaliśmy się w muzyce Aarona oraz w grze Melanie Laurent.

* Nie będę posługiwała się polskim tytułem, bo zwyczajnie mi się on nie podoba. Tłumaczenie niemieckie oraz angielskie są zdecydowanie lepsze i bardziej trafne ("Keine Sorge, mir geht's gut", "Don't worry, I'm fine").

Oj, to się zgadza. Można się zakochać w Melanie Laurent oraz urokliwej muzyce. I chociaż film targa emocjami ludzkimi to ja proszę o więcej. Tego typu produkcje chwytają za gardło.

To prawda, chwytają za gardło i... szuka się później drugiego takiego filmu. Ja nie znalazłam, choć w dwóch wypadkach niewiele brakowało - jednym jest "Schronienie" i jeszcze jeden film (również z Melanie), o którym postaram się napisać :-)

Dodaj komentarz