Z archiwum X muzy: Revolutionary Road

Data:
Artykuł zawiera spoilery!

Tekst ten, jak poprzedni, nie jest bynajmniej próbą recenzji, a luźną refleksją- raczej dla tych, którzy widzieli już film (spoiler). Z obowiązku odsyłam do szczegółów http://filmaster.pl/film/revolutionary-road/

I właściwa zawartość notki:

Koszmar amerykańskiego przedmieścia lat pięćdziesiątych. Horror pracy od ósmej do szesnastej, dwójki dzieci i samochodu w garażu. Szablon wszechogarniający, forma, z której wyrwać się nie można, a wszelkie próby musza skończyć się porażką. Czyli nowy film Sama Mendesa.

April Wheeler jest aktorką niespełnioną, do tego, prawdopodobnie, również nienajlepszą. Jej podstawowym zajęciem jest wychowanie dzieci i uśmiechy do znajomych, maskujące przerażające zagubienie w rzeczywistości, która daleka jest od tej wymarzonej. To April zostaje motorem buntu przeciwko zastaniu- przeszukując stare zdjęcia znajdzie to z jej mężem na tle Wieży Eiffla. Ów niepozorny kartonik sprawi, że April rzuci się na barykady mikroskopijnej społecznej rewolucji- zaproponuje wyjazd do Paryża, który z pewnością odmieni monotonię życia codziennego Wheelerów. Będzie przede wszystkim spełnieniem młodzieńczych marzeń i przełamaniem okrutnego stereotypu pary z dwójką dzieci.
Frank Wheeler pracuje w tworze, który dziś prawdopodobnie nazwalibyśmy korporacją. Sprzedawca typowy, niczym nie odbiegający od normy. Jemu również marzy się atak na formę, ale zdaje się być na to za słabym- woli szukać chwilowego ukojenia w przelotnych biurowych romansach niż stawić czoła rzeczywistości. Pomysł żony o wyjeździe do Paryża przyjmuje z rezerwą, ale również zdaje sobie sprawę z tego, że może to być niepowtarzalna okazja, by wyrwać się ze znienawidzonego szablonu.
Frank i April nie są modelowym małżeństwem- oboje jednak znają powody głośnych kłótni, które wybuchają w ich domu przy tytułowej Revolutionary Road. Zostali upupieni, zamordowani i wypchani przez społeczeństwo. Teraz jednak mają stawić mu opór- wbrew wszelkim stereotypom wyjadą do Paryża i zaczną nowe życie, z dala od przekleństwa przedmieść.
A może nie. Bo April, czego nikt się nie spodziewał, zachodzi w ciążę.
Dziecko, jakie nosi w sobie zostaje przez Mendesa potraktowane jako synekdocha- symbol wszystkich przeszkód, jakie musiałoby pokonać małżeństwo Wheelerów, by dotrzeć do upragnionego Paryża. A przeszkód jest wiele, przede wszystkim- Frank. Mimo entuzjazmu, jaki okazuje, nauki języka i opowieści o zaletach Europy, to on okazuje się najsłabszym ogniwem. Niespodziewana perspektywa awansu w (znienawidzonej!) pracy zaburza jego światopogląd. Może jednak warto zostać i próbować układać sobie życie na przedmieściach- przecież „wielu ludzi jest tutaj szczęśliwych”. Może koszmar wcale nie jest tak straszny, jak się wydaje?
Tu właśnie warto wspomnieć o Johnie- drugoplanowej postaci chorego psychicznie syna przyjaciół Wheelerów, którego ci przyjmują w czasie towarzyskich wizyt. John pełni u Mendesa rolę specyficznie pojmowanego chóru greckiego- jedynego obiektywnego i szczerego obserwatora, który mówi, co myśli. A to, co myśli John, myślą wszyscy. Zatem wyjazd do Paryża nie ma sensu, jest tylko złudną próbą wyrwania się, z góry skazaną na porażkę. Dziecko nie może być głównym powodem rezygnacji z wyjazdu- bo czy „w Europie nie mają dzieci?”. Przyczyną jest Frank, ale tego ani on, ani April głośno nie przyznają. Mendes buduje postać Johna na zasadach kontrastu- przeciwstawia go przyjaciołom Wheelerów- typowym mieszkańcom przedmieść, którzy również nie wyrażają się najlepiej na temat paryskiej idei. Swoje opinie wolą jednak zostawić dla siebie, wymieniać się nimi tylko i wyłącznie w zaciszu domowym, bez przerwy kryjąc się za maskami dobrodusznych i szczęśliwych sąsiadów. John to jedna z najważniejszych postaci filmu- wprowadzony jako obiektywny komentator zdarzeń funkcjonuje również jako ten, który pomaga bohaterom w samouświadomieniu .
Reżyser wysnuwa zatem wniosek co najmniej smutny- można wykrzyczeć światu swoją degustację ohydą tutejszych stosunków. Jednak zdobywa się na to tylko ten, który jest chory psychicznie.
Paryż odpływa. Frank godzi się z tym, jest mu to wręcz na rękę- bunt nie jest do końca dla niego, „mała stabilizacja” zdaje się mu odpowiadać. Co innego April. Dla niej ta osobista rebelia szybko zmienia się w sens życia, na nowo tchnie energię w zwiotczały umysł. Gdy jasnym staje się, że wyjazdu nie będzie, April ponosi klęskę. Seks w samochodzie z zakochanym w niej od dawna sąsiadem jest pierwszym dokonanym aktem buntu- skondensowaną rebelią. Ale akt najważniejszy Mendes logicznie zostawia na koniec, w kilku ostatnich sekwencjach filmu podsumowuje losy bohaterów, zresztą zgodnie z ich dotychczasowym życiem.
I tak reżyser zmusza małżeństwo do kłótni- kolejnej, ale najgłośniejszej- by potem, w „ciszy po burzy”, w przerażającym wręcz spokoju porannego śniadania rozprawić się z bohaterami ostatecznie. April jest perfekcyjna udając, iż nic się nie stało, wydaje się być zainteresowana nowym projektem Franka,a ten uspokaja się- żona najwyraźniej zrozumiała uroki życia na przedmieściu. Podczas kłótni wykrzyczała, że już go nie kocha, ale nienawidzi. Teraz Frank, upojony miłym porankiem nad jajecznicą, nie musi wiedzieć, czy kłamała mówiąc, iż nie darzy go już miłością- czuje ulgę, gdy April mówi, że jednak go nie nienawidzi. A to wystarczy do spokojnej koegzystencji typowej amerykańskiej rodziny.
Po wyjściu męża do pracy April decyduje się na aborcję. Rozumiem to jako ostatni, ostateczny wręcz, akt buntu- dziecko w filmie Mendesa, jak to było już napisane, spełnia rolę symbolu i niejako zastępuje inne powody dla których wyjazd do Paryża nie mógł się odbyć. Będzie zatem ten domowy zabieg- niebezpieczny, o czym doskonale wie April- nieporadnym i w gruncie rzeczy bezsensownym działaniem, którego jedynym celem jest usunięcie, o ile za późno!, przyczyny klęski.
Aborcja jest po prostu aktem zemsty- nie na dziecku, ale na Franku i całym otoczeniu, które więzi April.
Ta w wyniku za późno przeprowadzonego zabiegu umiera. Ale sceną, która najlepiej wieńczy film jest ta, w której widzimy biegnącego Fanka- całego we łzach. To najprawdopodobniej najbardziej poruszająca sekwencja w całej filmowej twórczości reżysera. Frank biegnie przez tytułową Revolutionary Road- Drogę do Szczęścia. Jednak nie ma już w nim zapału młodego rewolucjonisty, szalonego marzyciela i poszukiwacza spełnionych snów. Jest tylko rozpacz i łzy.

Bunt u Mendesa jest niemożliwy, a każda poważniejsza próba powiedzenia „nie” musi być ukarana. Reżyser wyciąga smutne wnioski, przy tym karze swoich bohaterów nad wyraz okrutnie- śmiercią i stratą ukochanej osoby. Niewątpliwie konstruuje swój film sprawnie, może dzięki teatralnemu doświadczeniu dobrze czuje się opowiadając tak kameralną historię. Brak tu tylko szerszego spojrzenia na problem- w końcu negujący bunt Mendes umieszcza swą historię w USA lat pięćdziesiątych, a zatem już niewiele brakuje do wielkiej rewolty, która będzie pokłosiem nie tylko wojny w Wietnamie, czy poezji Ginsberga, ale i upartego więżenia ludzi w społecznych konwencjach.
Może jednak Frank i April, w sposób nad wyraz tragiczny, podsumowują i zamykają swoją epokę?

Zwiastun: