Plein soleil

Data:
Ocena recenzenta: 9/10
Artykuł zawiera spoilery!

W pełnym słońcu jest lepsze od Utalentowanego Pana Ripleya w tylu aspektach, że chyba nie będę się w to wdawać. Musiałabym powiesić zbyt wiele kotów na filmie, który przecież nie rozczarował mnie kiedy widziałam go po raz pierwszy. I jeśli ktoś nie widział jeszcze żadnego z nich, niech zobaczy najpierw Pana Ripleya, bo to sprawnie nakręcona historia, ale jeśli najpierw zobaczy się W pełnym słońcu, to później Pan Ripley po prostu nie przejdzie przez gardło (czy raczej powinnam powiedzieć - oczy).

O historii chyba nie muszę dużo mówić. W Panu Ripleyu pamiętam rozbudowaną część przed morderstwem przedstawioną w sielankowej barwie. W pełnym słońcu unika banałów. Relacje między bohaterami od początku filmu są interesujące. Psychologiczna gra, sadystyczne balansowanie na granicy zdrowia i okrucieństwa, szczerości i oszustwa. Tę cienką linię po której śmiało stąpa zblazowany Greenleaf - w końcu kiedy ma się wszystko, nie leży się na słońcu z uśmiechem sennego cielęcia, tylko wymyśla się koncepty, które odpędzą nudę - Ripley wykorzystuje z zimną krwią. Alain Delon jest świetny w scenie morderstwa, kiedy miota się chaotycznie, dopóki trup nie znajdzie się pod wodą i kiedy odzyskuje pewność siebie, rozmawia z Marge, wraca do Rzymu.

Wydaje mi się, że współcześnie zakłada się, że widz jest głupi, albo w każdym razie głupszy, niż 50 lat temu. Robi się thriller tam, gdzie kiedyś zadawano egzystencjalne pytanie. Pokazuje się furię i namiętność jakby widz przestraszył się zbyt opanowanego wyrahowania. Delon jest perfekcyjnym Ripleyem. Nie jest demonem, psychopatą ani zbłąkaną owieczką, on wie czego chce i jak to osiągnąć - i końcówka musi pokazać, że mylił się właśnie dlatego, że jego pewność siebie wypada tak przekonywująco, że my - widzowie - zaczynamy mu wierzyć, chociaż widzieliśmy scenę morderstwa i wiemy jaka jest prawda, pozwalamy się uwieść pozorom. Pozwalamy wmówić sobie, że czarne jest białe. Ripley potrafi nas przekonać. Wszystko wydaje się pasować do siebie jak ulał - jak dobrze uszyta marynarka, którą Tom przymierza w jednej z pierwszych scen.

W pełnym słońcu nie ma porywającej fabuły, pomimo że to historia, z której możnaby zrobić kryminał, ten film tego unika, pozostaje spokojny, doskonale nakręcony i wystarczająco cichy, żeby można było oglądając go usłyszeć też własne myśli.

Zwiastun:

"I jeśli ktoś nie widział jeszcze żadnego z nich, niech zobaczy najpierw Pana Ripleya, bo to sprawnie nakręcona historia, ale jeśli najpierw zobaczy się W pełnym słońcu, to później Pan Ripley po prostu nie przejdzie przez gardło (czy raczej powinnam powiedzieć - oczy)."
Czyli dokładnie jak z "Infiltracją", i "Infernal Affairs". Zastanawiam się, czy istnieje JAKIŚ przyzwoity Hollywoodzki film, który nie byłby słabszą podróbą jakiegoś dobrego filmu z jakiegoś innego kraju?

Czas apokalipsy, Obywatel Kane, Network, trochę tego jest, ale faktycznie większość z lat 1940-80.

...jeśli najpierw zobaczy się W pełnym słońcu, to później Pan Ripley po prostu nie przejdzie przez gardło (czy raczej powinnam powiedzieć - oczy).

Czyli instynkt słusznie mi podpowiedział, żeby tej nowej ekranizacji nie oglądać :)

Dodaj komentarz