Agora - filozofia jest kobietą

Data:
Ocena recenzenta: 7/10
Przyznaję się bez bicia, że zamierzałam puścić "Agorę" kantem. Postać Hypatii z Aleksandrii nie była dla mnie zagadką - zetknęłam się z nią już podczas lektury "Baudolino" - zaś z recenzji i opisów przebijał obraz typowego historycznego dramatu o wielkiej miłości na tle płonących budynków. Dopiero żywiołowe, czasem nawet agresywne, reakcje widzów, przekonały mnie, że coś jest na rzeczy. I było. "Agora" to film śmiały, prowokujący, a do tego dobrze zrealizowany. Pod postacią dramatycznego epizodu historii starożytnej Amenábar prezentuje nam niebywale ciekawy problem - konflikt wolnomyślicielstwa z religijnym radykalizmem.

Szaleństwo tłumów

Pora wzruszyć ramionami i oświadczyć, że fundamentalizm to teraz modny temat. Jesteśmy jednak przyzwyczajeni, by mówić o nim w jednym tylko kontekście - "Agora" przenosi dyskusję w zaskakujące rejony, przedstawiając nam fundamentalizm w pełnej krasie, ale za to chrześcijański. W czasach Hypatii, kilkadziesiąt lat po śmierci Konstantyna Wielkiego, pierwszego ochrzczonego rzymskiego władcy, religia chrystusowa na dobre zapanowała w Cesarstwie. Dominujący niegdyś politeizm widziany był niechętnie, potem zaś zakazany - jednak poganie nie poddawali się bez walki. W trakcie jednej z potyczek na tle religijnym zniszczony został Serapejon, mieszczący wspaniałą bibliotekę, ostatnią pozostałość po legendarnych zbiorach aleksandryjskich. Amenabar umieszcza nas zatem w centrum tego, co zwykło się określać ciekawymi czasami.

Bohaterka "Agory", delikatna kobieta, która poświęciła życie nauce, wydaje się być idealną ofiarą religijnego szaleństwa. Nie chcąc rezygnować z uprawiania filozofii i astronomii, Hypatia świadomie pozbawia się męskiej ochrony, decydując się na samotne życie. Nosi proste szaty, wyróżnia się cnotliwością, naucza zarówno chrześcijan, jak i pogan, kierowana troską o swych uczniów zażarcie sprzeciwia się walkom motywowanym religijnie. Jednocześnie, jako dziedziczka kastowego światopoglądu, akceptuje niewolnictwo. Hypatia reprezentuje więc tradycję starożytności, zarówno w jej wspaniałości, jak i grzechu. Jej śmierć to symbol nowej epoki, ale też przerażające świadectwo fanatyzmu.

Chociaż przedstawiony tu obraz chrześcijan jest szokujący (przyzwyczailiśmy się już, że są oni niewinnymi ofiarami rzucanymi na pożarcie lwom), nie sposób automatycznie przyjąć postawy potępiającej w czambuł tę jedną religię. Zamieszki, które zakończyły się zniszczeniem Serapejonu, rozpoczęli przecież poganie, zaś patrole ubranych na czarno parabolanów, mających pilnować cnotliwości, przywodzą z miejsca na myśl irańskich strażników rewolucji. To fundamentalizm jest zły, tolerancja zaś słaba i krucha - "Agora" niesie ze sobą uniwersalne przesłanie ubrane w rzymską togę.

Nauka a religia

Tyle na temat pierwszej, rzucającej się w oczy warstwy. Jednak fakultatywne, hobbystycznie wyciągnięte wnioski, wydają się nawet ciekawsze. W zasadzie aż do czasów oświecenia nauka musiała poddawać się, choćby symbolicznie, religijnym rygorom. Nawet wolnomyślicielscy starożytni Grecy surowo karali bezbożność, w Rzymie religijne obrzędy towarzyszyły każdej uroczystości państwowej - o późniejszych czasach nie ma nawet co wspominać. Mimo to właśnie Grecja jest kolebką filozofii, z tradycji rzymskiej wywodzimy podstawy prawa cywilnego, islamskim uczonym zawdzięczamy postępy w chemii i medycynie, zaś pierwsi uczeni chrześcijańscy byli księżmi lub mnichami. Według Amenábara ten ogromny dorobek wiedzy jest dzieckiem hipokryzji - światopogląd naukowy nie powinien akceptować istnienia dogmatów. Hypatia odmawia chrztu, mówiąc, że jej obowiązkiem jako filozofa jest kwestionować. Rozdźwięk między nauką a religią jest fundamentalny i wszelkie próby przerzucania mostów to kłamstwo, które szkodzi wyłącznie tej pierwszej, umacniając tę drugą. W tym aspekcie wymowa "Agory" jest bezkompromisowo antyreligijna.

Oczywiście Hypatia, jak każda kobieta, która osiągnęła wybitność w niesprzyjających czasach, jest również symbolem feministycznym. I tutaj, być może, pojawia się faktycznie akcent stricte antychrześcijański - biskup Cyryl podburza wiernych przeciw filozofce, cytując im jeden z listów świętego Pawła, zabraniający kobietom uczestnictwa w życiu publicznym. Nie może być wątpliwości, że światopogląd uznający autorytet tych słów jest nie do pogodzenia ze współcześnie rozumianą godnością kobiety i przyznaniem jej równych praw. Religia dialogu, podkreślająca fragmenty świętych pism, które raczej łączą niż dzielą, to oszustwo, które działa tylko na tyle, na ile interpretatorom starczy dobrej woli.

Każdemu, kto poczuje chęć obejrzenia "Agory", muszę na koniec przypomnieć, że mimo wszystko według mnie nie jest to wielkie kino, zaledwie ( i aż! ) kino prowokujące do dyskusji. Niewątpliwie na tle tegotygodniowych premier jest to cecha wyjątkowa, chyba że kogoś przekonuje medialny szum wokół "Różyczki" lub też pociąga muzyczny demontaż komuny, jaki serwuje "Beats of Freedom". Jeśli nie - zdecydowanie warto wybrać się w tę filozoficzną podróż w czasie, z której oprócz wniosków wyciągniętych powyżej można wysnuć również i ten, że ludzie pozostają tacy sami, a zmieniają się jedynie dekoracje.

Zwiastun:

Bardzo stonowana recenzja.
Choć myślę, że "Agora" nie jest filmem antyreligijnym czy ateistycznym, tylko antyfanatycznym.

Oczywiście jest to przede wszystkim protest przeciwko fanatyzmowi. To jest główny wątek, przedstawiony łopatologicznie, o którym aż szkoda mi było pisać, w szczególności dlatego, że nie to mnie w tym filmie zajęło najbardziej. Być może z tego powodu recenzję napisałam bez należnych (?) emocji.

Dla mnie osobiście "Agora" to film o nauce i jej skomplikowanych relacjach z religią. Jakiś czas temu czytałam "Boga urojonego", w którym Dawkins bardzo intensywnie zwalcza pogląd, jakoby obie te rzeczy mogły istnieć niezależnie i nie wchodzić sobie w drogę. Ponieważ Hypatia deklaruje bezbożność, nie da się również uciec przez jakimiś tam rozważaniami nad ateizmem. To jest akurat temat, który mnie bawi, dlatego po obowiązkowym omówieniu części antyfundamentalistycznej, zajęłam się wątkami pobocznymi, które z kina można wynieść, ale nie trzeba. Sam powiedz, czy druga część notki nie jest napisana z większą pasją? ;)

"Bóg urojony" dopiero przede mną. Właściwie to dzisiaj miał dotrzeć do mnie pocztą, ale jakoś nie dotarł.
Z religią zinstytucjonalizowaną i zdogmatyzowaną rzeczywiście bardzo trudno nauce współistnieć, ale są inne systemy filozoficzne, nie trzeba się zaraz uciekać do ateizmu. Choćby darwinowski agnostycyzm, czy einsteinowski panteizm.

Palec boży lub poczta polska. :)

O ile pamiętam, Einstein krytykował mechanikę kwantową ze względu na to, że nie odpowiadała ona jego wyobrażeniu kosmicznego ładu. Nie wiem, czy jest to postawa godna polecenia, chociaż wielki uczony to był niewątpliwie. I to jest sendo problemu właściwie. Tak długo jak udaje się zachować obiektywizm, człowiek może sobie wierzyć nawet w orbitujący czajniczek, o którym pisał Bertrand Russel.

Czytałem w książce Michio Kaku o krytyce mechaniki kwantowej przez Einsteina. W tej samej książce Kaku pisze, że Einstein z tych samych powodów byłby zadowolony z teorii superstrun, która wprowadza ład w mechanikę kwantową.

P.S.
Dawkins do tej pory nie dotarł. Zaczynam wierzyć w antyateistyczne lobby poczciarskie.

:)

A mnie recenzja podoba się połowicznie. Analiza treści dosyć wnikliwa, czasem nawet bardzo interesująca, ale zabrakło mi czegoś więcej o stronie technicznej filmu. Reżyserii Amenabara, bardzo ładnych, skądinąd, dekoracjach i zdjęciach, czy występie Weisz i młodego Minghelli. Bo, że ostrze filmu wymierzone jest mniej lub bardziej w chrześcijan, ciężko nawet traktować jako zarzut. Abstrahując od tego "jak było", kino nie jest od mówienia prawdy, ale od opowiadania historii. Historia Hypatii jest ciekawa i jako taką można ją polecić widzom. A jeśli kogoś razi rozłożenie akcentów i - hipotetyczny - brak obiektywizmu... cóż, chodzi o to, żeby czasem obejrzeć coś z czym się nie utożsamiamy. To jednak bardzo wzbogaca

Zwykle dla porządku wspominam o stronie formalnej, przyłapałeś mnie na recenzji, w której postanowiłam zaszaleć.

Z Weisz mam trochę kłopotu - jak dla mnie jej Hypatia ma za mało charyzmy. Nauczanie dorosłych ludzi wymaga autorytetu. Wiesz zagrała osobę łagodną i trochę oderwaną od świata. To marudzenie, może i bez większego sensu, ale według mnie rola idealna nie jest.

Zdjęcia bardzo estetyczne, dekoracje dopracowane. Wyrywały mnie trochę z rytmu ujęcia z kosmosu - cóż to miało być, nie mam pojęcia. Znaczy domyślam się, że albo aluzje do astronomii, albo mrugnięcie do widza, że mówimy tutaj o rzeczach uniwersalnych. Dziwny pomysł tak czy inaczej, a może nawet pompatyczny, chociaż nie lubię nikogo o to posądzać.

W zasadzie się z Tobą zgadzam - kino to wielki kłamca i nie ma co liczyć na historyczną dokładność czy obiektywizm. Dlatego obcowanie z nim wymaga refleksji i dystansu. I tu zaczyna się problem. Gdybym nie czytała na Blipie wpisów w stylu "Widziałem Agorę. Katolicy to szaleńcy i zbrodniarze", w ogóle nie mielibyśmy o czym dyskutować. Ale czytałam, dlatego zastanawiam się, czy takie wyraziste filmy nie należą czasem do typu, który jednych wzbogaci, a w innych wzbudzi agresję. Nie jest to powód, żeby ich nie kręcić, ani żeby ograniczać do nich dostęp, tylko smętna uwaga na marginesie.

Z Weisz i ja mam kłopot, bo ona dla mnie w ogóle jakaś śnięta jest i niespecjalnie mnie przekonuje. Poza tym filmy w których ją widziałem to raczej przeciętniaki były, choć nie widziałem kilku potencjalnie ciekawych (np. Wiernego ogrodnika).

Może i racja. Okazało się, że oglądałam trochę filmów z jej udziałem, ale z żadnego jej nie pamiętam.

Dodaj komentarz