Jak-by-nie-było recenzja

Data:
Ocena recenzenta: 7/10

Tę notkę powinien właściwie napisać jakiś specjalista od Allena, których - jak się zdaje - na Filmasterze nie brakuje, a nie ignorancka gąsienica, taka jak ja. Nieprawdaż? No cóż, skoro te protony skąpią swego znawstwa, chwytam za pióro nie bacząc na konsekwencje. Albowiem gdzie jak gdzie, ale na Filmasterze taka recenzja znaleźć się powinna... I w końcu, jaka by nie była, ale będzie.
Boris i Melodie

Główny bohater Whatever works, Boris Yellnikoff, jest podstarzałym, zgryźliwym intelektualistą (zapewne typ allenowski, ale skąd ja mogę to wiedzieć). Ten profesjonalny maruda, hipochondryk, fizyk, wreszcie nauczyciel gry w szachy stosuje wobec swoich uczniów dobrze znaną metodę "gdzie stawiasz pionek, kretynie". Jest też geniuszem, który jako jedyny ogarnia obraz sytuacji - a zatem i publiczność w kinie. Miło jest czasem poprzebywać z kimś inteligentnym, dlatego z miejsca zaczynamy go lubić - choć pierwsze co od niego słyszymy to jeśli jesteś jednym z tych idiotów, którzy lubią mieć dobre samopoczucie, idź zrobić sobie masaż stóp.

Boris nie jest może miły, może nie jest też przystojny, ale mimo wszystko dobry z niego człowiek. Dlatego kiedy zastaje na swoim progu głodną dziewczynę, która niedawno uciekła z domu, częstuje ją jedzeniem, pozwala jej spać na kanapie, zostać na kilka dni... co dalej, mniej więcej wiadomo. Romans starszego, gruntownie wykształconego pana i rozkosznej, młodziutkiej Melodie, nosi niewątpliwie piętno Pigmaliona, o czym zresztą Yelnikoff wspomina. Melodie uczy się od Borisa życia w wielkim mieście i przejmuje jego światopogląd. A muszę tu zaznaczyć, że poglądy zgorzkniałego profesora w interpretacji młodej, raczej pustogłowej osóbki to prawdziwa beczka śmiechu. Małżeństwo jest naturalną konsekwencją - ku zaskoczeniu Borisa, sprawdza się ono całkiem nieźle. Sielskie życie nie może jednak trwać zbyt długo - już wkrótce do akcji wkroczy matka Melodie. Ma cięty język, zdrowe poglądy i nie podoba się jej zbytnio zięć.

Teściowa
Whatever works zawiera - pozwolę sobie na śmiałe przypuszczenie - wszystko, co kręci i podnieca wielbicieli Allena - inteligentny humor, nieprzeciętnie skomplikowane perypetie uczuciowe, cięte riposty i Nowy Jork. Po ciepło lub umiarkowanie przyjętych wycieczkach do Europy marnotrawny reżyser wraca wreszcie na łono (dosłownie i w przenośni) neurotycznej i bezideowej nowojorskiej inteligencji. Wraca, by pokazać demoralizację kilku religijnych tradycjonalistów (czyt. rodziców Melodie). I dać do zrozumienia, że ważne jest to, co czyni nas szczęśliwymi, niezależnie od tego, jak osobliwy jest to wariant. Scenariusz Whatever works, główna siła napędowa filmu, powstał w latach 70 - a więc w czasach Manhattanu i Annie Hall. To chyba najlepsza rekomendacja - nic tylko pędzić do kina. Lub na masaż stóp.

Zwiastun:

Rzeczywiście jakaś taka wymuszona ta recenzja (choć w charakterystycznym dowcipnym stylu). A może to tylko speszenie w obliczy domniemanych "znawców Allena"?

Ja tam polecam ten film, także dla tych, co potrzebują masażu mózgu ;)

Właśnie przeczytałam jeszcze raz i złapałam się za głowę - jakie długie zdania! Więc trochę poprawiłam.

Wszystko bierze się stąd, że Allen jest dla mnie zbyt błyskotliwy - jego filmy mają dużo wdzięku i lekkości. Uważam, że takie też powinny być notki na ich temat. Ja mam trochę za ciężkie pióro. Plus oczywiście speszenie, bo Allena oglądałam mało i trudno mi powiedzieć, jak się ma Whatever do jego klasycznych filmów - a to by się bardzo w recenzji przydało. :-/

Wiedziałem, po prostu wiedziałem że dasz 7. Jako wielbiciel Allena (choć zapewne nie tak wielki jak Oferma) zapisuję sobie film na liście TODO (nie udało się niestety obejrzeć w kraju więc muszę poczekać do premiery w UK, a to dopiero w czerwcu).

Balansuje na granicy 8, ale ponieważ nie jest ponury, krwawy ani przygnębiający, nie mogę go bardzo lubić. ;P

Właściwie nie trzeba być wielbicielem - warto pójść tak czy inaczej. Natomiast jak ktoś już deklaruje, że lubi, to must-see. Oferma będzie pewnie wniebowzięty, bo widzę, że najlepiej ocenił starsze "alleny", do których ten się poniekąd też zalicza. :)

Jeżeli scenariusz jest z '70, to prawdopodobnie film wiele by zyskał gdyby został nakręcony te 30-40 lat wcześniej. Bo teraz jakoś ani niczym specjalnym się nie wyróżnia, ani nic nowego widzowi nie ma do zaoferowania. Chociaż co by tu nie mówić jest on dość przyjemny w odbiorze i najprawdopodobniej poprawia samopoczucie równie dobrze jak masaż stóp.

A tak swoją drogą, zastanawia mnie czemu na wszystkich plakatach widnieją zapatrzeni w siebie Evan Rachel Wood i Henry Cavill, skoro tego drugiego w tym filmie jak na lekarstwo.

Esme, mam nadzieję, że to oczywiste, że ja wcale nie krytykowałam Twoich zdań. Recenzja może być głęboką analizą dzieła reżysera na tle jego dokonań lub po prostu relacją z własnych impresji, dlatego trochę nie rozumiem Twojego... jak to nazwać? Podejścia 'nie znam się, to nie mogę" ? Lęku wobec wyimaginowanych znawców? ;) Mam wrażenie, że ta notka jest w stylu "nie chcem ale muszem" i tego nie rozumiem u Pani redaktorki :) Zdań o ciężkim piórze w ogóle nie rozumiem.

@Ubiquit - to fakt, że film porusza tematy, trochę trącące myszką, tabu, które dawno nimi już nie są, ale moim zdaniem, zdumiewająco nie traci na świeżości. A nas cofa do Allena w świetnej formie :) Myślę, że ten film stanie się jednym z klasyków, bezbłędne poczucie humoru i błyskotliwość dialogów mu to gwarantuje.
Co do plakatu, to idealnie wpisuje się on w dziwną politykę dystrybutora, żeby przedstawić to jako komedię romantyczną - dziwaczny tytuł, nie mający nic wspólnego z pierwowzorem i to "Woody Allen - twórca "Vicky Christina Barcelona'. Przyznam się, że mnie wmurowało, jak zobaczyłam ten afisz. Rok temu czytałam, że polski tytuł ma brzmieć "Byle działało", a osobiście uważam, że Woody Allen jest twórcą lepszych filmów niż to dziełko z Barceloną w tle.

""Woody Allen - twórca "Vicky Christina Barcelona'. Przyznam się, że mnie wmurowało, jak zobaczyłam ten afisz." - dobre. Z drugiej strony, już sobie wyobrażam co by było jakby na plakacie widniało np. : "Woody Allen - twórca Manhattanu i Annie Hall". Niektórzy pewnie zastanawialiby się czy jest to przypadkowa zbieżność nazwisk z tym Allenem od VCB, lub zupełnie zignorowaliby ten plakat.
@Esme, podobnie jak Czara odniosłem wrażenie, że " że ta notka jest w stylu "nie chcem ale muszem" i jako miłośnik (nie specjalista od ) Allena zapewniam Cię, że tylko zwiększyła chęć obejrzenia nowego dzieła mojego ulubionego reżysera :)

Oferma, Czara - niezupełnie "nie chcem, ale muszem" i niezupełnie chodzi o lęk przed znawcami. Oczywiście, że mogę pisać o własnych wrażeniach, nawet jak się nie znam. Po prostu chciałabym, żeby o tym filmie napisał ktoś, kto Allena lubi i czuje ten klimat. I marudzę. Boris też jest marudą, więc uznałam, że takie podejście pasuje w miarę nieźle. :)

Plakat rzeczywiście miażdży. Moja koleżanka, która na każdego kolejnego Allena czeka niecierpliwie, na jego widok nie bardzo wiedziała, czy ma się śmiać czy płakać.

Mam ochotę podyskutować nad tym filmem, więc pozwolę sobie tutaj wkleić tekścik mojej mini recenzji (mam nadzieję, że to nie jest jakie duże faux pass).

Zatem, w moim odczuciu Whatever works to bardzo przyjemna komedyjka - tylko jedna rzecz, ale bardzo mocno mnie razi. Allen, zdaje się, bardzo serio traktuje przesłanie filmu, które jest po prostu prymitywne. Filozoficzna powiastka, w której kilkakrotnie werbalizowane jest przesłanie "jak żyć", po głębszym zastanowieniu rozczarowuje. Rzut oka na fabułę dowodzi, że Allen pojmuje problem szczęścia bardzo płytko - jako kwestię seksualnego dopasowania... i tu filozoficzny balon pęka...

Czy Was nie razi to, jednak, infantylne przesłanie filmu?

Dodaj komentarz