Uprowadzenie Alicji

Data:
Ocena recenzenta: 6/10

Zgodnie z receptą na udany dreszczowiec mamy trzęsienie ziemi - szybką, brutalną scenę, w której dwóch opryszków realizuje precyzyjnie przygotowany plan porwania córki milionera. Dobry początek. I jest jeszcze pozostałe 90 minut filmu, w większości spędzonych na nerwowym obgryzaniu paznokci. Jak na debiut - zdecydowanie ponad przeciętną.

Cała obsada "Uprowadzonej Alice Creed" to zaledwie trzy osoby - dramat, którego będziemy świadkami, rozegra się tylko między porywaczami a ofiarą. Scenerią, poza paroma fragmentami, będzie klaustrofobiczna przestrzeń dwupokojowej kryjówki z zabitymi oknami. Nie ma tu miejsca na pościgi i strzelaniny. Napięcie opiera się na zwrotach akcji i stopniowym ujawnianiu relacji między bohaterami. Alice nie jest obiektywnie wybraną ofiarą. Jeden z porywaczy ją zna. Choć nie do końca zdaje sobie sprawę, jakie z niej ziółko.

Na drodze do udanej realizacji tak ascetycznego filmu, w szczególności thrillera, czyha wiele pułapek. Aby zachować wiarygodność i nie pozwolić widzowi na spokojniejszy oddech, trzeba zadbać o nienaganną jakość aktorstwa, właściwe tempo i wyważony scenariusz. Te trzy warunki zostają tutaj spełnione (aktorsko wyróżnia się Eddie Marsan w roli dominującego bandyty). Zawsze znajdzie się miejsce na dyskusję, czy historia była odpowiednio przekonująca i czy w kilku przypadkach nie zastosowano drogi na skróty. Jednak "Alice" to nie intelektualna zagadka, tylko film nakręcony po to, byśmy mogli się postresować. W ostatecznym rozrachunku liczy się efekt - w tym wypadku osiągnięty.

Świadom oczywistego ryzyka "teatralizacji" tego kameralnego dramatu, Blakeson postarał się - z sukcesem - zrealizować "Alice" w bardziej dynamicznej stylistyce. Niejednokrotnie używa montażu, by dodać akcji nieco wigoru, chociaż zawsze robi to z wyczuciem, by nie naruszyć klaustrofobicznej, dusznej atmosfery. Można tylko życzyć sobie, by każdy początkujący twórca potrafił tak sprawnie radzić sobie z materią filmu w warunkach ograniczonego budżetu.

Ostatnie dwa lata obfitują w interesujące filmowe debiuty - zarówno ekstrawaganckie wycieczki do świata X muzy, jak i zwiastuny talentu, który pozostanie wierny kinu. Jeśli chodzi o Blakesona - jestem spokojna i nie omieszkam od czasu do czasu z ciekawością sprawdzić, nad czym akurat pracuje.

Zwiastun:

Jedyne czego mi brakowało w Alice Creed to jakiś znak charakterystyczny, coś co odrozniloby ten film od setki innych thrillerow. Rezyser nakręcił bardzo poprawne 1,5 godziny materiału filmowego ale nie udało mu się (chyba nawet nie próbował) tchnac w niego dusze.

Że brakuje stylu? Wyrobi się jeszcze chłopak. Thriller w 4 ścianach to na tyle trudne zadanie, że nie mogę jeszcze wymagać udziwnień.

Przez ten film nabrałam chęci, żeby przypomnieć sobie Linę Hitchcocka.

O właśnie - to się stylem nazywa.
Wymagać - też nie. Oglądało się nieźle. Ale do nazwania tego bardzo dobrym filmem nieco brakuje właśnie przez brak "tego czegoś". Taki "Harry Brown" na przykład miał wybitne zdjęcia, które zbudowały atmosferę i specyficzny ponury nastrój. Tu nie było tego wyróżnika.
Ale oczywiście doceniam świetnie zmontowany film - zrobić dobrze oglądający się dramat/thriller i nawet nieco komedię takimi środkami to duże wyzwanie. Debiutant podołał.

Nie jest źle. Aktorstwo to rzeczywiście najmocniejszy element owej produkcji. Przez cały seans czuć było unoszące się gdzieś w powietrzu napięcie. Biorąc pod uwagę, że jest to debiut nie ma co przesadnie narzekać.

No niby tak, ale są też debiuty genialne i błyskotliwe ("Pi", "Zabiłem moją matkę"), a ten jest tylko obiecujący. Mam nadzieję, że Blakeson trochę się odkuje następnym filmem.

Jeszcze jedna rzecz mi się przypomniała odnośnie tego filmu: polskie napisy. Dawno nie widziałem tak fantazyjnie przetłumaczonych przekleństw. Najbardziej spodobało mi się chyba:

No fucking way - NI CHUJA

(powtórzone kilka razy)

Ale było tego więcej. Jak ktoś spamiętał to może się dopisać!

Na ile pamiętam, soczyste rozmowy w "Gran Torino" były przetłumaczone całkiem finezyjnie, ale pewnie o tym nie wiesz, bo siedziałeś jeszcze wtedy na wyspie. ;P

Dodaj komentarz