Najlepsze filmy 2019. Część pierwsza

Data:

Rok 2019 dobiega końca, więc to najlepszy czas na podsumowania. Nawet dla kinowych marud, takich jak niżej podpisany. Tym razem wśród wybranych przeze mnie 25. najlepszych produkcji znalazły się filmy z pieciu kontynentów, wyreżyserowane zarówno przez debiutantów jak i mistrzów.

25. Zęby mleczne, reż. Shannon Murphy

Amerykańskie kino niezależne nie należy do moich ulubieńców, jednak czasami po drugiej stronie Atlantyku powstaje coś interesującego. Takim filmem jest Babyteeth. To rozsądny kompromis między wysokobudżetowym kinem dramatycznym, a szeptaną produkcją niezależną. Przez większą część czasu trwania ta opowieść o umierającej na raka nastolatce unika szantażu emocjonalnego i potrafi mocno zaangażować. Od zdobycia wyższego miejsca na liście Babyteeth dzieli wyłącznie zbyt duża liczba zakończeń.

24. Serpentario, reż. Carlos Conceição

Conceição sprawnie porusza się między tak odmiennymi gatunkami jak science fiction, film drogi czy kino psychologiczne. Reżyser potrafi nie tylko zaprezentować osobny styl, ale też pokazać nietypowy punkt widzenia. Portugalskie postkolonialne doświadczenie wciąż nie jest tematem wyeksploatowanym i dla widza z naszej części Europy pozostaje czymś wyjątkowo świeżym.

23. Monștri, reż. Marius Olteanu

Dowód na to, że rumuńskie kino potrafi posługiwać się inną estetyką niż ta, która przyniosła mu nagrody i światowe uznanie. Format obrazu przypomina Mamę Dolana, jednak ta forma służy do przekazania innych treści. Rodzinny dramat jest tu nie tylko znakomicie zagrany, ale też bardzo inteligentnie poprowadzony reżysersko. Pozostaje jedynie czekać na kolejne filmy Olteanu.

22. Zabierz mnie w jakieś miłe miejsce, Ena Sendijarević

Do dziś nie wiem jak tak interesujący film sromotnie przegrał na Nowych Horyzontach. Nie tylko w oczach jury, ale też w głosowaniu publiczności. Debiutująca tym filmem Ena Sendijarević nie tylko bawi się konwencją filmu o dorastaniu, ale też mierzy się z dziedzictwem bośniackiej historii. Oddaje głos młodemu pokoleniu, które w kinie Bałkanów wciąż pozostaje nieme.

Recenzja

21. Nasz czas, reż. Carlos Reygadas

Carlos Reygadas wielkim reżyserem jest. Nawet wtedy, kiedy nie widzi żadnego innego tematu niż on sam. Nasz czas jest nieznośnie autobiograficzny. Do tego stopnia, że główne role zagrali reżyser i jego rodzina. Jednocześnie to kino zmysłowe i tak szczere, że aż onieśmielające.

20. Gniazdo kolibra, reż. Bora Kim

Koreańskie kino raczej nie kojarzy się z kameralnymi dramatami o nastolatkach. Po taki temat sięgnęła debiutująca reżyserka i na szczęście była w stanie uniknąć egzaltowanego powrotu do dzieciństwa. Gniazdo kolibra jest doskonałym przykładem tego, że zachowując dystans można zobaczyć więcej. Emocjonalne wyciszenie sprawia, że feministyczny temat, który porusza Bora Kim może w pełni wybrzmieć.

Recenzja

19. O nieskończoności, reż. Roy Andersson

Roy Adnersson powoli buduje swoje kinowe uniwersum i za jakieś 50 lat będzie równie rozbudowane jak to marvelowskie. Szkoda, że nikt z jego widzów tego nie doczeka, do tego czasu wszyscy umrą ze zgryzoty. O nieskończoności to szereg wystylizowanych do granic nieprzyzwoitości scen. Jak zawsze nie da się odmówić temu światu sugestywności i artystycznej siły, co z tego że przedstawiony świat nie jest zbyt przyjazny. 

18. Atlantyda, reż. Valentyn Vasyanovych

Ukraińskie kino do niedawna raczej nas nie rozpieszczało. Mimo uważnego śledzenia kinematografii regionu na palcach jednej ręki mogę policzyć w pełni udane produkcje z tego kraju. Atlantyda zaczęła swój festiwalowy żywot bardzo mocno, od zwycięstwa w weneckiej sekcji Orizzonti. Nie da się ukryć, że to obraz, który poza tym obiegiem przez swoją estetykę byłby skazany na porażkę. Vasyanovych nakręcił swój film jakby od czasu powstania Stalkera w kinie nie wydarzyło się nic. Jednocześnie to szalenie oryginalne spojrzenie na wojnę na wschodzie Ukrainy. Przesunięcie czasu akcji w przyszłość sprawia, że tematem jest nie historia, a czas i miejsce tworzone przez konflikt. Wydobycie tych podstawowych kategorii antropologicznych sprawia, że Atlantyda przekracza ramy kina wojennego i bardzo ambitnie bierze się za bary z rzeczywistością.

17. Niewidoczne życie sióstr Gusmao, reż. Karim Aïnouz

Powiedzieć, że do najnowszego filmu Aïnouza podchodziłem sceptycznie to nic nie powiedzieć. Wszystko, łącznie z pierwszą częścią filmu, zapowiadało nieznośny wyciskacz łez. Reżyser Madame Saty na szczęście zdecydował się popłynąć na inne wody. Ostatecznie widzowie dostają film o pozycji kobiet w patriarchalnym społeczeństwie. Obraz tym mocniejszy, że mimo historycznego kostiumu doskonale rezonujący ze współczesnością.

Recenzja

16. Zabierz mnie do Saitamy, reż. Hideki Takeuchi

Jedna z nielicznych komediowych pozycji na tej liście. Jak do tego doszło nie wiem, ale Zabierz mnie do Saitamy to najśmieszniejszy film, jaki widziałem w tym roku. Czy jest to salonowy humor? Zdecydowanie nie, ale wcale to nie odbiera siły tej brawurowej adaptacji mangi. Jeżeli ktoś już jest zmęczony maszynowo produkowanymi produktami filmopodobnymi obraz Hidekiego Takeuchi będzie doskonałą odtrutką.

Recenzja

15. Lighthouse, reż. Robert Eggers

To był dobry rok dla twórców nietypowych filmów grozy. W lipcu do naszych kin wszedł Midsommar, a w listopadzie Lighthouse. I to ten drugi obraz moim zdaniem zasługuje na więcej uwagi. Przede wszystkim ze względu na fenomenalne role Roberta Patinsona i Willema Dafoe. Na ich kreacje pracuje dopracowana w najdrobniejszym szczególe warstwa formalna. Cytaty z ekspresjonistów, Melville’a, Lyncha czy Dreyera pracują na korzyść bohaterów i czynią Lighthouse egzystencjalnym kinem grozy.

14. And Then We Danced, reż. Levan Akin

W Gruzji nawet filmowa rewolucja przybiera konserwatywną formę. And Then We Danced wywołało w Tbilisi protest na miarę tych sprzed warszawskiego Teatru Powszechnego. Obraz o uczuciu między dwoma tancerzami Gruzińskiego Baletu Narodowego okazał się nie do zaakceptowania dla konserwatystów. To tym dziwniejsze, że And Then We Danced  jest produkcją filmowo bardzo udana, ale jednocześnie dość zachowawczą. Miłośnicy awangardy będą bardzo rozczarowani, ale to dobrze opowiedziane, świetnie zagrane i zatańczone kino.

Recenzja

13. Pierwsza miłość, reż. Takashi Miike

Takashi Miike to reżyser, który kręci wyjątkowo dużo filmów. Dwie, trzy produkcje rocznie nie są dla niego niczym niezwykłym. Niestety cierpi na tym jakość jego dzieł. Działa tu jednak magia wielkich liczb i średnio raz na siedem lat w jego filmografii pojawia się coś naprawdę ciekawego. W tym roku nadszedł ten czas i dawno wyczekiwanym hitem okazała się Pierwsza miłość. Ta komedia akcji jest świetnym przykładem tego jak należy realizować filmy rozrywkowe. Poprowadzona została z żelazną dyscypliną. Doskonale się domyka i nie zostawia koszmarnych dziur logicznych (mówię to również do ciebie, serialowy Wiedźminie), a jest jednocześnie na tyle lekka, że zapewnia mnóstwo kinowej radości.

12. Wysoka dziewczyna, reż. Kantemir Bałagow

Dylda Kantemira Bałagowa to zaprzeczenie radości. Ta oparta na reportażach Swiatłany Aleksijewicz historia życia kobiet w powojennym Leningradzie jest tak okrutna, jak potrafi być tylko rosyjskie kino. Po niezbyt udanej Bliskości to chyba największe zaskoczenie roku. Świetny, malarski, ale daleki od formalnej sterylności obraz.

Recenzja

11. The Forest of Love, reż. Sion Sono

Nie wiem jak Sion Sono namówił decydentów Netflixa do wyłożenia pieniędzy na ten film. Podejrzewam, że przedstawił po prostu jakiś inny swój scenariusz. W ostatnich latach ten reżyser tworzył obrazy lekkie, łatwe i przyjemne. Niespodziewanie nad światem Sono zaszło słońce. Podobnie jak Zabawmy się w piekle to film o kręceniu filmu. Tym razem jednak nie jest pogodnie, a przerażająco. Ostatnim filmem autora Miłości obnażonej tak przekraczającym granice było chyba Kimyō na Sākasu z 2005. Reżyser powrócił do swoich korzeni i powstało dzieło obrzydliwe, odstręczające i fascynujące jednocześnie. Na pewno lepiej oglądać ten film z pustym żołądkiem.